23.12.12

Święta, Święta, Święta...


Okres świąteczny rozpoczął się dla mnie pechowo. Zwichnięta noga uziemiła mnie (dosłownie) w Krakowie i musiałam zrezygnować z zaplanowanego już w sierpniu bożonarodzeniowo-sylwestrowego urlopu we Francji, z rodziną mojego lubego. Nie obyło się bez łez i lekkiego doła - w końcu czekałam na to parę miesięcy i szykowałam się już na wielką, francuską (świąteczną) przygodę. Teraz, w przeddzień Wigilii, humor mam już znacznie lepszy i właściwie cieszę się, że nie ominie mnie barszcz z uszkami, smażony karp i śpiewanie polskich kolęd. A do Rennes pojadę za rok :-)

U nas w domu prawdziwe Święta zaczynają się w przeddzień Wigilii, gdy zaczynamy robić generalne porządki i przyrządzać bożonarodzeniowe potrawy. Lata temu, gdy mieliśmy jedną ogromną choinkę, ubieraliśmy ją razem w ostatni weekend przed Świętami. Obecne drzewko jest znacznie mniejsze, musieliśmy więc ograniczyć ilość bombek i światełek. Jednak wciąż są te same, co kiedyś - niektóre trącone zębem czasu, ale nie wyobrażam sobie innych. 

Wymarzony wigilijny poranek to dla mnie lepienie uszek i oglądanie "Opowieści Wigilijnej" - najlepiej tradycyjnej wersji z Patrickiem Stewartem lub animowanej Roberta Zemeckisa. Całe mieszkanie wypełnia się zapachem świątecznych przysmaków, w radio grają kolędy i bożonarodzeniowe piosenki. "All I want for Christmas is you", "Let it snow", "Please come home for Christmas", "Merry Christmas everybody", a nawet "Last Christmas" przez te kilka dni mogę słuchać na okrągło. Naprawdę! Nawet "Last Christmas" :-) 

I choć jutro zbierzemy się przy innym stole, niż rok temu i zabraknie kilku osób, jestem pewna, że magia pozostanie ta sama. W końcu to Święta Bożego Narodzenia :-)

Życzę Wam przede wszystkim zdrowia, dużo miłości oraz tego, abyście porządnie wypoczęli przez te kilka dni. Niech Wasze Święta mijają w nastroju równie radosnym, co ta piosenka.




8.12.12

Ewon sam w domu



Na trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem, które to Święto planujemy spędzić w wyjątkowy sposób, skęciłam nogę. I to tak pechowo, że wsadzili mi ją w gips i spędzam dnie, leżąc jak kłoda. W miarę możliwości pracuję (wymuszony home-working), w wolnych chwilach czytam i oglądam TV. Na zakupy nie wyjdę, o spacerze zapomnij. Przejście kilku metrów to jak wyprawa na Kilimandżaro. Ot, ofiara zimy i oblodzonych krakowskich chodników. Mam tylko nadzieję, że w Święta będę mogła się w miarę swobodnie przemieszczać. Mimo wszystko jestem pełna optymizmu!

Tak czy owak całodzienne siedzenie (dosłownie) w domu sprawiło, iż posurfowałam trochę po kanałach TV i z czystej ciekawości obejrzałam kilka programów, które do tej pory znałam tylko ze słyszenia. Między innymi "Perfekcyjną Panią Domu". Dramat. Przede wszystkim nie sądziłam, że ludzie mogą mieć taki burdel i syf w domu i jeszcze chwalić się tym przed kamerami. Pani Perfekcyjna żongluje poradami w stylu Wujka Dobra Rada, jest nachalny product placement, są łzy z ckliwą muzyką w tle, jest słynna biała rękawiczka, a na koniec uczestniczki dostają Szarfę Odpowiedzialności. A wystarczyło chwycić za mopa, wynieść śmieci i odkurzyć meble. No dramat.

Zdecydowanie wolę programy o gotowaniu i odchudzaniu. Tak dla równowagi. Kuchnia+ włączam często. Ja pracuję, a w tle Anna Olson piecze cynamonowe babeczki, a Karol Okrasa przyrządza smakowite dipy. Mniam. Lubię też popatrzeć, jak Jillian Michaels zmusza tłuścioszków do ćwiczeń, a w "Downsize Me" bardzo puszyści mieszkańcy Nowej Zelandii całkowicie zmieniają swój styl życia. Tego typu programy skutecznie psują mi apetyt na słodycze. 

Najbardziej lubię jednak włączyć mojego ukochanego "Poirot" z Davidem Suchetem lub najnowsze odkrycie (po 5 latach!) - "Mad Men". Przynajmniej nie ogłupiają ;-)