24.8.12

The Bourne Trilogy


Niedawno na ekrany kin weszła najnowsza odsłona serii o Jasonie Bourne - "The Bourne legacy". Co prawda nie znajdziemy w niej ani słynnego (byłego) agenta, ani odtwórcy jego roli, Matta Damona. Mamy za to agenta Aarona Crossa, w którego wciela się popularny ostatnio Jeremy Renner. Swoją drogą polecam sierpniowy numer "Filmu" z interesującym artykułem na temat tegoż aktora.
Ale do rzeczy... Zanim wybiorę się do kina, postanowiłam nadrobić zaległości i obejrzeć trzy pierwsze filmy z serii. Nie wiem czemu do tej pory ich unikałam. Mniejsza o to. W każdym razie przyznaję z ręką na sercu, że to jedne z lepszych filmów sensacyjnych, jakie kiedykolwiek widziałam. Jest tam wszystko, co lubię najbardziej w tego typu dziełach: złożona i wartka akcja, tajemnica, intryga, romans, pościgi samochodowe, atrakcyjne turystycznie miejsca, suspens, świetna muzyka -  i last but not least - interesujący główny bohater i dorównujący mu charyzmą czarny charakter.
Jason Bourne o aparycji Matta Damona wygląda jak sympatyczny chłopak z sąsiedztwa. Jednak już od pierwszych scen wiemy, że coś tu nie gra. Raniony z broni palnej chłopak zostaje wyłowiony z morza przez przypadkowych rybaków. Nie pamięta kim jest i skąd się tu wziął. Przez kolejne części trylogii próbuje odzyskać tożsamość i poznać prawdę o swoim - niezaprzeczalnie mrocznym - życiu. A przy tym nie dać się zabić. Niełatwa sprawa...
"Bourne" przypomina mi trochę "Mission: Impossible", ale więcej w nim autentycznej, brudnej jatki, a mniej efekciarstwa w stylu glamour. Jason Bourne, w przeciwieństwie do Ethana Hunta, jest samotnikiem, bez sztabu pomocników i wypasionych gadżetów. Nie ratuje świata - walczy tylko o siebie. Dlatego łatwo się z nim utożsamić i, tak po prostu, polubić tego chłopaka.
Chciałaym, żeby agent Cross dorównał poprzednikowi. Ale zdaję sobie sprawę, że to niemal "mission impossible" :-)

17.8.12

Michael White - "Pierścień Borgiów"


"Pierścień Borgiów" to thriller na przyzwoitym poziomie. Ciekawy, trzymający w napięciu, chwilami zaskakujący. Michael White zastosował popularną ostatnio technikę przenikania się dwóch historii, które łączy pewien element - w tym przypadku jest nim tajemniczy pierścień. Współcześnie toczy się śledztwo w sprawie morderstwa pracownika budowy. Czy ma ono związek ze szkieletem sprzed wieków, znalezionym podczas prac budowlanych? Szkieletem, z którego skradziono okazały pierścień? Oczywiście, że tak. Ale więcej szczegółów nie zdradzę. 
O Borgiach zrobiło się ostatnio głośno za sprawą serialu z Jeremy Ironsem w roli papieża Aleksandra VI, wywodzącego się z tego owianego złą sławą rodu. Po obejrzeniu pierwszego sezonu miałam dość intryg, morderstw, tortur, gwałtów i wszelkich innych dewiacji. Rodzina Borgiów wzbudziła jednak moje zainteresowanie i postanowiłam dowiedzieć się o niej nieco więcej. To, co wyczytałam, potwierdziło moje najgorsze przypuszczenia - członkowie rodu Borgiów bywali nawet gorsi, niż to ukazano w serialu. Kontrowersyjna pozostaje postać Lukrecji. Nie jest do końca pewne, czy rzeczywiście z tak wielką pasją oddawała się uśmiercaniu kolejnych kochanków i wrogów. Do świętej było jej jednak daleko. I to pomimo faktu, iż jej ojcem był sam papież...

10.8.12

Girls


Zawsze zastanawiało mnie, skąd Carrie Bradshaw bierze pieniądze na życie. Życie przez duże "ż", bo panna B. wynajmowała mieszkanie na Manhattanie, zazwyczaj jadała na mieście, biegała po salonach piękności i nie zdarzyło się, żeby dwa razy wystapiła w tej samej kreacji. Czyżby pisanie felietonów było najlepszą fuchą na świecie...?
Lubię serial "SATC" i często do niego wracam. Jest znakomitym antidotum na codzienność. Nie chcę powiedzieć, że szarą, ale umówmy się - życie przeciętnej Polki bardzo odbiega od tego, jakie wiodą bohaterki "SATC". Co innego nowy serial (skądinąd także ze stajni HBO) - "Girls".
Mamy więc cztery przyjaciółki mieszkające w Nowym Jorku. Brzmi znajomo. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Bo o ile z Carrie Bradshaw mogłyśmy identyfikować się głównie w kwestii problemów sercowych, to z dziewczynami z "Girls" łączy nas znacznie więcej. Owszem, miłosne perypetie są wątkiem przewodnim, ale nie jedynym. W przeciwieństwie do wylansowanej, obwieszonej markowymi rzeczami Carrie, Hannah, główna bohaterka "Girls", jest przeciętna do bólu. Ledwo wiąże koniec z końcem i głośno przyznaje, że życie w NY jest cholernie drogie. Nie spotyka się z księciem z bajki - jej Mr. Big'iem jest chłopak nie wyróżniający się w tłumie. Hannah oraz jej przyjaciółki, podobnie jak bohaterki "SATC", przeżywają miłosne wzloty i upadki. Ale mają też inne, poważniejsze problemy, jak opłacenie czynszu czy znalezienie pracy. To nie są dziewczyny, dla których sensem istnienia staje się upolowanie kolejnej pary butów od Manolo Blahnika.
Jedna z bohaterek "Girls" ma na ścianie plakat "SATC". Tak bliska, a zarazem tak odległa rzeczywistość.

7.8.12

W.E.


Krytycy nie zostawili na "W.E." suchej nitki. Zastanawiam się jednak, jak wyglądałyby recenzje, gdyby reżyserem nie była Madonna, tylko, powiedzmy, jakiś debiutujący reżyser o nieznanym nazwisku. Bo to przecież obciach pochwalić Madonnę - każdy szanujący się wielbiciel kina wie, że to kiepska aktorka i jeszcze gorsza reżyserka. A jednak po obejrzeniu "W.E." mam mieszane uczucia. Nastawiłam się na fatalny film, a tymczasem muszę przyznać, że nie podzielam zdania większości zdegustowanych krytyków. Owszem, nie jest to arcydzieło. Chwilami nudny, to znowu pretensjonalny i rozwleczony. Na pewno nie może być uznany za znakomitą adaptację jednego z najgłośniejszych romansów w dziejach. Ale jest w tym filmie coś, co sprawiło, że oglądałam go z zaciekawieniem, a nawet przyjemnością. 
"W.E." przypomina mi nieco "Marie Antoinette" Sofii Coppoli - jest jak dwugodzinny teledysk, w którym główne skrzypce gra tym razem Wallis Simpson. Kobieta, dla której Edward VIII zrezygnował z tronu. Trudno o lepszą historię miłosną. Film Madonny ukazuje w tej kwestii jedynie wierzchołek góry lodowej, można więc odczuwać pewien niedosyt. Reżyserka (piosenkarka?) stara się zachować obiektywizm - walczy z utrwaloną opinią o Wallis jako cwanej i rozpustnej rozwódki, która omotała księcia. Przyznaję, że dało mi to do myślenia i chętnie poznałabym więcej szczegółów dotyczących tego związku. 
Madonna raz po raz przenosi widza do czasów współczesnych. Poznajemy Wally, nieszczęśliwą mężatkę, zafascynowaną swoją sławną imienniczką. Abbie Cornish jest ujmująca, ale moim zdaniem to Andrea Riseborough w roli pani Simpson zasługuje na laury. Szczególne uznanie należy się jednak projektantowi kostiumów z lat 30-tych XX wieku. I choćby ze względu na modę warto ten film zobaczyć.

1.8.12

There is a city...

...that stops for one minute every year.