16.3.12

Histeria

Na wstępie zaznaczam – “Histeria” wybitnym filmem absolutnie nie jest. To lekkostrawna, romantyczna opowiastka bez większego polotu. Traktuje o młodym lekarzu (Hugh Dancy), który zatrudnia się w gabinecie medycznym niejakiego Profesora Dalrymple (Jonathan Pryce). Jego pacjentkami są kobiety cierpiące na tytułową histerię. W drugiej połowie XIX wieku owa „przypadłość” była istną plagą. Jednak metody stosowane przez Dalrymple’a nie odstraszały kobiet – wręcz przeciwnie. Choć trudno w to uwierzyć, ponad sto lat temu histerię leczono specjalnymi masażami, które dziś nazwalibyśmy po prostu masturbacją. Młody Mortimer Granville tak bardzo angażuje się w swoje nowe zajęcie, że zaczyna odczuwać niedowład prawej ręki... Z pomocą przychodzi mu przyjaciel (niezła drugoplanowa rola  Ruperta Everetta), pasjonat elektryki – razem tworzą prototyp... wibratora.
Granville to postać autentyczna – i to jemu zawdzięczamy najpopularniejszą dziś erotyczną zabawkę. I choć wibratory były na porządku dziennym już w XIX wieku, mężczyźni nadal uważali, iż kobiety nie są zdolne do odczuwania seksualnej przyjemności. W ich pojęciu urządzenia te stanowiły część medycznej terapii, mającej na celu przeciwdziałanie histerii. No właśnie – histeria... Jeszcze w XX wieku uznawano ją za prawdziwą chorobę! Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że na „histerię” cierpiały głownie kobiety zamknięte w gorsetach, pozbawione praw obywatelskich i wyborczych, krążące między kuchnią a salonem, urodzone po to, by zadowalać mężów i wychowywać dzieci. I właśnie to zaciekawiło mnie w tym filmie najbardziej.
Jedną z głównych postaci jest zbuntowana córka Dalrymple’a, nieustraszona sufrażystka Charlotte (Maggie Gyllenhaal). Wbrew woli snobistycznego ojca prowadzi przytułek dla ubogich. Nie boi się wyrażać własnych – odważnych jak na tamte czasy – poglądów. W obronie swoich podopiecznych jest gotowa niemal na każde poświęcenie, co w końcu doprowadza ją przed oblicze sędziego. I choć finał opowieści jest zbyt cukierkowy i nazbyt patetyczny, są w niej poruszone ciekawe i ważne tematy. Dziś kobiety walczą o dyrektorskie stołki – nieco ponad sto lat temu walczyły o to, żeby w ogóle móc się kształcić. Nie miały prawa mieć własnego zdania. Ba! Nie miały nawet prawa do odczuwania przyjemności! W tym kontekście fakt wynalezienia wibratora przez mężczyznę nabiera ironicznego wydźwięku.

P.S. Dla dociekliwych - "Stuletni wibrator" (wysokieobcasy.pl)

 

7.3.12

The Artist


Przyznaję, że do filmu Michela Hazanaviciusa byłam - mówiąc delikatnie - nastawiona dosyć sceptycznie. Oscary już od jakiegoś czasu nie są dla mnie wyznacznikiem jakości, a przecież "The Artist" zdobył kilka statuetek, w tym tę najważniejszą, dla najlepszego filmu roku. Czy zasłużenie? Nie mnie oceniać. W każdym razie mnie się "The Artist" spodobał - i to bardzo.
Zorientowani wiedzą, że to film niemy, nakręcony według standardów z lat 20-tych XX wieku. Dialogi (co poniektóre) wyświetlane są na planszach, obraz ma proporcje 4:3. Aktorzy brak dźwięku nadrabiają rozbudowaną, teatralną mimiką. Tytułowy bohater to starzejący się gwiazdor kina niemego, który nie potrafi pogodzić się z postępem w kinematografii. Jego awersja do kina dźwiękowego sprawia, iż George Valentin usuwa się w cień i popada w coraz większe otępienie. Pomocną dłoń poda aktorowi - paradoksalnie - gwiazdeczka, która skradła mu popularność.
Ach, jak przyjemnie popatrzeć na te dawne gwiazdy Hollywood! Rozdające uśmiechy, składające pokłony publiczności. Jean Dujardin i Bérénice Bejo są tak czarujący, że nie sposób oderwać od nich oczu. Natomiast najtwardsze nawet serce skruszy piesek rasy Jack Russell - wierny towarzysz Valentina.
Film przesiąknięty jest niesamowitą atmosferą lat 20-tych. Wszystko, łącznie z czołówką, wystylizowane jest na tamtą epokę. Dbałość o szczegóły zaskakuje i olśniewa.
Być może Agnieszka Holland ma trochę racji twierdząc, że "The Artist" to idiotyczna wydmuszka. Jestem przekonana, iż to jednorazowy eksperyment artystyczny i że ewentualni naśladowcy poniosą klęskę, nie tylko frekwencyjną. Niemniej jednak ta "idiotyczna wydmuszka" to najprzyjemniejszy film, jaki przyszło mi oglądać w ostatnich miesiącach. Czegóż chcieć więcej...?