23.12.12

Święta, Święta, Święta...


Okres świąteczny rozpoczął się dla mnie pechowo. Zwichnięta noga uziemiła mnie (dosłownie) w Krakowie i musiałam zrezygnować z zaplanowanego już w sierpniu bożonarodzeniowo-sylwestrowego urlopu we Francji, z rodziną mojego lubego. Nie obyło się bez łez i lekkiego doła - w końcu czekałam na to parę miesięcy i szykowałam się już na wielką, francuską (świąteczną) przygodę. Teraz, w przeddzień Wigilii, humor mam już znacznie lepszy i właściwie cieszę się, że nie ominie mnie barszcz z uszkami, smażony karp i śpiewanie polskich kolęd. A do Rennes pojadę za rok :-)

U nas w domu prawdziwe Święta zaczynają się w przeddzień Wigilii, gdy zaczynamy robić generalne porządki i przyrządzać bożonarodzeniowe potrawy. Lata temu, gdy mieliśmy jedną ogromną choinkę, ubieraliśmy ją razem w ostatni weekend przed Świętami. Obecne drzewko jest znacznie mniejsze, musieliśmy więc ograniczyć ilość bombek i światełek. Jednak wciąż są te same, co kiedyś - niektóre trącone zębem czasu, ale nie wyobrażam sobie innych. 

Wymarzony wigilijny poranek to dla mnie lepienie uszek i oglądanie "Opowieści Wigilijnej" - najlepiej tradycyjnej wersji z Patrickiem Stewartem lub animowanej Roberta Zemeckisa. Całe mieszkanie wypełnia się zapachem świątecznych przysmaków, w radio grają kolędy i bożonarodzeniowe piosenki. "All I want for Christmas is you", "Let it snow", "Please come home for Christmas", "Merry Christmas everybody", a nawet "Last Christmas" przez te kilka dni mogę słuchać na okrągło. Naprawdę! Nawet "Last Christmas" :-) 

I choć jutro zbierzemy się przy innym stole, niż rok temu i zabraknie kilku osób, jestem pewna, że magia pozostanie ta sama. W końcu to Święta Bożego Narodzenia :-)

Życzę Wam przede wszystkim zdrowia, dużo miłości oraz tego, abyście porządnie wypoczęli przez te kilka dni. Niech Wasze Święta mijają w nastroju równie radosnym, co ta piosenka.




8.12.12

Ewon sam w domu



Na trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem, które to Święto planujemy spędzić w wyjątkowy sposób, skęciłam nogę. I to tak pechowo, że wsadzili mi ją w gips i spędzam dnie, leżąc jak kłoda. W miarę możliwości pracuję (wymuszony home-working), w wolnych chwilach czytam i oglądam TV. Na zakupy nie wyjdę, o spacerze zapomnij. Przejście kilku metrów to jak wyprawa na Kilimandżaro. Ot, ofiara zimy i oblodzonych krakowskich chodników. Mam tylko nadzieję, że w Święta będę mogła się w miarę swobodnie przemieszczać. Mimo wszystko jestem pełna optymizmu!

Tak czy owak całodzienne siedzenie (dosłownie) w domu sprawiło, iż posurfowałam trochę po kanałach TV i z czystej ciekawości obejrzałam kilka programów, które do tej pory znałam tylko ze słyszenia. Między innymi "Perfekcyjną Panią Domu". Dramat. Przede wszystkim nie sądziłam, że ludzie mogą mieć taki burdel i syf w domu i jeszcze chwalić się tym przed kamerami. Pani Perfekcyjna żongluje poradami w stylu Wujka Dobra Rada, jest nachalny product placement, są łzy z ckliwą muzyką w tle, jest słynna biała rękawiczka, a na koniec uczestniczki dostają Szarfę Odpowiedzialności. A wystarczyło chwycić za mopa, wynieść śmieci i odkurzyć meble. No dramat.

Zdecydowanie wolę programy o gotowaniu i odchudzaniu. Tak dla równowagi. Kuchnia+ włączam często. Ja pracuję, a w tle Anna Olson piecze cynamonowe babeczki, a Karol Okrasa przyrządza smakowite dipy. Mniam. Lubię też popatrzeć, jak Jillian Michaels zmusza tłuścioszków do ćwiczeń, a w "Downsize Me" bardzo puszyści mieszkańcy Nowej Zelandii całkowicie zmieniają swój styl życia. Tego typu programy skutecznie psują mi apetyt na słodycze. 

Najbardziej lubię jednak włączyć mojego ukochanego "Poirot" z Davidem Suchetem lub najnowsze odkrycie (po 5 latach!) - "Mad Men". Przynajmniej nie ogłupiają ;-)


16.11.12

Falling Skies / Revolution / Arrow

Remont skończony, już po przeprowadzce, ale przed nami jeszcze sporo pracy. Urządzanie, urządzanie, urządzanie... Czyli de facto najprzyjemniejszy etap :-) 

Po długim dniu w pracy, a potem po kilku godzinach spędzonych na malowaniu, przenoszeniu i sprzątaniu, zasiadaliśmy przed (małym) ekranem, aby z zapartym tchem śledzić losy naszych ulubionych serialowych bohaterów. Można Amerykanów lubić lub nie, ale trzeba im przyznać jedno - kręcą świetne TV series. Nas wciągnęły ostatnio zwłaszcza trzy z nich.


Na początek najsłabszy - Revolution. Mija 15 lat odkąd na świecie nagle zabrakło prądu. Ameryką Północną rządzi Generał Monroe, a porządku pilnuje bezwzględna Milicja, której nie wszyscy zamierzają się podporządkować.


Nieco podobny, choć paradoksalnie bardziej realistyczny jest Falling Skies. Akcja toczy się po inwazji Obcych na Ziemię. Grupa mniej lub bardziej sympatycznych (i uczciwych) ludzi tworzy ruch oporu i próbuje przetrwać w sytuacji wiecznego zagrożenia ze strony niezbyt przystojnych "gości". 


Z kolei Arrow bardzo przypomina Batmana - ocalały z katastrofy jachtu młody milioner, po 5 latach na (prawie) bezludnej wyspie wraca do rodzinnego miasta i jako człowiek w kapturze (nie mylić z Robin Hoodem) na własną rękę wymierza sprawiedliwość. 


21.10.12

U mnie remont


Od paru tygodni jesteśmy z moim Lubym nieobecni dla świata :-) Wieczory spędzamy malując, czyszcząc, sprzątając, planując, urządzając i jeżdżąc po leroy'ach merlinach i innych castoramach... Wczoraj pozwoliliśmy sobie na spędzenie wieczoru w naszym ulubionym krakowskim pubie (święto!), a dziś nawet ugotowaliśmy ratatouille (święto nad świętami!). 
Remont, zwłaszcza gdy 90% prac wykonujesz samemu, nie jest lekkim kawałkiem chleba. Ale za to daje ogromną, PRZEogromną satysfakcję. I pozwala zaoszczędzić sporo grosza...
Wszystkim fanom ciekawych wnętrz, zwłaszcza niewielkich, polecam stronę pełną fantastycznych inspiracji - Apartment Therapy. Nie trzeba być krezusem, żeby rewelacyjnie urządzić mieszkanie.
A do posłuchania, trochę na przekór: The Hollies - The Air That I Breathe.

21.9.12

Culinary Spy




Panie i Panowie! Ladies and Gentlemen! Mesdames et Messieurs!

Zapraszam Drogich Czytelników do mojego nowego bloga - Culinary Spy!

Blog jest w powijakach, przede mną jeszcze sporo pracy, ale mam nadzieję, iż przypadnie Wam do gustu.

Genezę powstania Culinary Spy oraz krótki "business plan" znajdziecie w zakładce "O mnie".

Bon Appétit!


9.9.12

Antonio Salas - "Handlowałem kobietami"



Trudno sobie wyobrazić, aby w XXI wieku, w Europie, handlowano ludźmi. Zanim sięgnęłam po książkę „Handlowałem kobietami”, żyłam w przeświadczeniu, że w najgorszym przypadku jest to zjawisko marginalne. Myliłam się i to bardzo.
Antonio Salas to pseudonim hiszpańskiego dziennikarza śledczego, który przez kilka miesięcy infiltrował środowisko handlarzy kobietami. Podszywając się pod jednego z nich, zdobył zaufanie mafiosów, burdelmam i stałych klientów domów uciech. Poznał brutalny świat, w którym kobiety – poniżane i zastraszane – są niczym więcej, jak zwykłym towarem o określonej cenie.
Salas opisuje losy młodych dziewcząt uprowadzonych z Afryki i wstrząsające praktyki odprawiania rytuałów voodoo. Zagląda do tanich burdeli w podejrzanych dzielnicach i luksusowych domów publicznych w centrum Madrytu. Ze zdumieniem odkrywa, iż prostytucją parają się też celebrytki z pierwszych stron gazet.
Co istotne, dziennikarzowi nie chodziło o zdemaskowanie sławnych aktorek czy modelek, które sprzedają się za kilka tysięcy Euro. Nie zdradził prawdziwego nazwiska żadnej prostytutki – taniej czy luksusowej. Jego śledztwo miało na celu dobranie się do skóry sutenerom, handlarzom ludźmi, mafiosom i wszystkich innym sukinsynom*, którzy zbijają fortunę na nieszczęściu bezbronnych kobiet.

„(…) wygląda to dość żałośnie: siedzimy na łóżku, zapłakani, a tymczasem moja ukryta kamera nagrywa scena po scenie. Nie potrafię tylko stwierdzić, czy płaczę ze współczucia i żalu nad biedną dziewczyną, czy raczej ze złości i poczucia bezsilności. Te dwa uczucia, złość i bezsilność, zawładną moją duszą jak nieproszeni goście przez wszystkie miesiące, które spędzę w świecie prostytucji i wywrą negatywny wpływ na moją psychikę. Większy, niż się spodziewałem.”

*dosadnie, ale inaczej nie można

24.8.12

The Bourne Trilogy


Niedawno na ekrany kin weszła najnowsza odsłona serii o Jasonie Bourne - "The Bourne legacy". Co prawda nie znajdziemy w niej ani słynnego (byłego) agenta, ani odtwórcy jego roli, Matta Damona. Mamy za to agenta Aarona Crossa, w którego wciela się popularny ostatnio Jeremy Renner. Swoją drogą polecam sierpniowy numer "Filmu" z interesującym artykułem na temat tegoż aktora.
Ale do rzeczy... Zanim wybiorę się do kina, postanowiłam nadrobić zaległości i obejrzeć trzy pierwsze filmy z serii. Nie wiem czemu do tej pory ich unikałam. Mniejsza o to. W każdym razie przyznaję z ręką na sercu, że to jedne z lepszych filmów sensacyjnych, jakie kiedykolwiek widziałam. Jest tam wszystko, co lubię najbardziej w tego typu dziełach: złożona i wartka akcja, tajemnica, intryga, romans, pościgi samochodowe, atrakcyjne turystycznie miejsca, suspens, świetna muzyka -  i last but not least - interesujący główny bohater i dorównujący mu charyzmą czarny charakter.
Jason Bourne o aparycji Matta Damona wygląda jak sympatyczny chłopak z sąsiedztwa. Jednak już od pierwszych scen wiemy, że coś tu nie gra. Raniony z broni palnej chłopak zostaje wyłowiony z morza przez przypadkowych rybaków. Nie pamięta kim jest i skąd się tu wziął. Przez kolejne części trylogii próbuje odzyskać tożsamość i poznać prawdę o swoim - niezaprzeczalnie mrocznym - życiu. A przy tym nie dać się zabić. Niełatwa sprawa...
"Bourne" przypomina mi trochę "Mission: Impossible", ale więcej w nim autentycznej, brudnej jatki, a mniej efekciarstwa w stylu glamour. Jason Bourne, w przeciwieństwie do Ethana Hunta, jest samotnikiem, bez sztabu pomocników i wypasionych gadżetów. Nie ratuje świata - walczy tylko o siebie. Dlatego łatwo się z nim utożsamić i, tak po prostu, polubić tego chłopaka.
Chciałaym, żeby agent Cross dorównał poprzednikowi. Ale zdaję sobie sprawę, że to niemal "mission impossible" :-)

17.8.12

Michael White - "Pierścień Borgiów"


"Pierścień Borgiów" to thriller na przyzwoitym poziomie. Ciekawy, trzymający w napięciu, chwilami zaskakujący. Michael White zastosował popularną ostatnio technikę przenikania się dwóch historii, które łączy pewien element - w tym przypadku jest nim tajemniczy pierścień. Współcześnie toczy się śledztwo w sprawie morderstwa pracownika budowy. Czy ma ono związek ze szkieletem sprzed wieków, znalezionym podczas prac budowlanych? Szkieletem, z którego skradziono okazały pierścień? Oczywiście, że tak. Ale więcej szczegółów nie zdradzę. 
O Borgiach zrobiło się ostatnio głośno za sprawą serialu z Jeremy Ironsem w roli papieża Aleksandra VI, wywodzącego się z tego owianego złą sławą rodu. Po obejrzeniu pierwszego sezonu miałam dość intryg, morderstw, tortur, gwałtów i wszelkich innych dewiacji. Rodzina Borgiów wzbudziła jednak moje zainteresowanie i postanowiłam dowiedzieć się o niej nieco więcej. To, co wyczytałam, potwierdziło moje najgorsze przypuszczenia - członkowie rodu Borgiów bywali nawet gorsi, niż to ukazano w serialu. Kontrowersyjna pozostaje postać Lukrecji. Nie jest do końca pewne, czy rzeczywiście z tak wielką pasją oddawała się uśmiercaniu kolejnych kochanków i wrogów. Do świętej było jej jednak daleko. I to pomimo faktu, iż jej ojcem był sam papież...

10.8.12

Girls


Zawsze zastanawiało mnie, skąd Carrie Bradshaw bierze pieniądze na życie. Życie przez duże "ż", bo panna B. wynajmowała mieszkanie na Manhattanie, zazwyczaj jadała na mieście, biegała po salonach piękności i nie zdarzyło się, żeby dwa razy wystapiła w tej samej kreacji. Czyżby pisanie felietonów było najlepszą fuchą na świecie...?
Lubię serial "SATC" i często do niego wracam. Jest znakomitym antidotum na codzienność. Nie chcę powiedzieć, że szarą, ale umówmy się - życie przeciętnej Polki bardzo odbiega od tego, jakie wiodą bohaterki "SATC". Co innego nowy serial (skądinąd także ze stajni HBO) - "Girls".
Mamy więc cztery przyjaciółki mieszkające w Nowym Jorku. Brzmi znajomo. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Bo o ile z Carrie Bradshaw mogłyśmy identyfikować się głównie w kwestii problemów sercowych, to z dziewczynami z "Girls" łączy nas znacznie więcej. Owszem, miłosne perypetie są wątkiem przewodnim, ale nie jedynym. W przeciwieństwie do wylansowanej, obwieszonej markowymi rzeczami Carrie, Hannah, główna bohaterka "Girls", jest przeciętna do bólu. Ledwo wiąże koniec z końcem i głośno przyznaje, że życie w NY jest cholernie drogie. Nie spotyka się z księciem z bajki - jej Mr. Big'iem jest chłopak nie wyróżniający się w tłumie. Hannah oraz jej przyjaciółki, podobnie jak bohaterki "SATC", przeżywają miłosne wzloty i upadki. Ale mają też inne, poważniejsze problemy, jak opłacenie czynszu czy znalezienie pracy. To nie są dziewczyny, dla których sensem istnienia staje się upolowanie kolejnej pary butów od Manolo Blahnika.
Jedna z bohaterek "Girls" ma na ścianie plakat "SATC". Tak bliska, a zarazem tak odległa rzeczywistość.

7.8.12

W.E.


Krytycy nie zostawili na "W.E." suchej nitki. Zastanawiam się jednak, jak wyglądałyby recenzje, gdyby reżyserem nie była Madonna, tylko, powiedzmy, jakiś debiutujący reżyser o nieznanym nazwisku. Bo to przecież obciach pochwalić Madonnę - każdy szanujący się wielbiciel kina wie, że to kiepska aktorka i jeszcze gorsza reżyserka. A jednak po obejrzeniu "W.E." mam mieszane uczucia. Nastawiłam się na fatalny film, a tymczasem muszę przyznać, że nie podzielam zdania większości zdegustowanych krytyków. Owszem, nie jest to arcydzieło. Chwilami nudny, to znowu pretensjonalny i rozwleczony. Na pewno nie może być uznany za znakomitą adaptację jednego z najgłośniejszych romansów w dziejach. Ale jest w tym filmie coś, co sprawiło, że oglądałam go z zaciekawieniem, a nawet przyjemnością. 
"W.E." przypomina mi nieco "Marie Antoinette" Sofii Coppoli - jest jak dwugodzinny teledysk, w którym główne skrzypce gra tym razem Wallis Simpson. Kobieta, dla której Edward VIII zrezygnował z tronu. Trudno o lepszą historię miłosną. Film Madonny ukazuje w tej kwestii jedynie wierzchołek góry lodowej, można więc odczuwać pewien niedosyt. Reżyserka (piosenkarka?) stara się zachować obiektywizm - walczy z utrwaloną opinią o Wallis jako cwanej i rozpustnej rozwódki, która omotała księcia. Przyznaję, że dało mi to do myślenia i chętnie poznałabym więcej szczegółów dotyczących tego związku. 
Madonna raz po raz przenosi widza do czasów współczesnych. Poznajemy Wally, nieszczęśliwą mężatkę, zafascynowaną swoją sławną imienniczką. Abbie Cornish jest ujmująca, ale moim zdaniem to Andrea Riseborough w roli pani Simpson zasługuje na laury. Szczególne uznanie należy się jednak projektantowi kostiumów z lat 30-tych XX wieku. I choćby ze względu na modę warto ten film zobaczyć.

1.8.12

There is a city...

...that stops for one minute every year.

27.7.12

Klucz Sary / Elle s'appelait Sarah


Paryż, 2002 rok. W 60. rocznicę Obławy Vel d'Hiv (kiedy to miało miejsce największe masowe aresztowanie francuskich Żydów), dziennikarka Julia (Kristin Scott Thomas) stara się odtworzyć losy Sary, żydowskiej dziewczynki, która przeżyła Holocaust. Wydarzenia z czasów współczesnych przeplatają się ze wstrząsającymi scenami z okresu wojny.
Filmowcy przez lata przyzwyczaili nas do widoku łapanek Żydów, rozdzielanych rodzin, szarych baraków i gwiazd Dawida na ubraniach. Reżyser Gilles Paquet-Brenner koncentruje się na losach jednej dziewczynki - losach w dramatycznych okolicznościach splecionych z rodziną Julii. Niezwykle wiarygodnie pokazuje, że dla wielu Żydów Holocaust nie skończył się wraz z upadkiem nazistowskich Niemiec. Straszliwe rzeczy, jakich doświadczyli, ciągnęły się za nimi przez całe życie. Co gorsza, poczucie winy uniemożliwiało normalne funkcjonowanie. 
"Klucz Sary" nie ma tak pokrzepiającego zakończenia, jak choćby "Lista Schindlera". Gdy ukazały się napisy końcowe, jeszcze długo wpatrywałam się w ekran, próbując poskładać myśli. Już dawno żaden film nie wzruszył mnie równie mocno.


22.7.12

Jane Austen's...

Ostatnimi czasy wciągnęły mnie adaptacje powieści Jane Austen. Obejrzałam je wszystkie niemal pod rząd. I nie nudziłam się nawet podczas oglądania trzeciej z kolei wersji "Emmy". Te filmy zawsze działają na mnie jak kubek ciepłego kakao - odprężająco. Są eleganckie, piękne, romantyczne, dowcipne i bez wyjątku kończą się happy endem. A ja bardzo lubię szczęśliwe zakończenia. 

Poniżej subiektywna lista moich ulubionych adaptacji.




3. "Emma" (1996) - movie.


5. "Persuasion" (1995) - movie.

6. "Emma" (2009) - mini series.



9. "Persuasion" (2007) - movie. 

10. "Emma" (1996) - movie.



25.6.12

The Art of French Living (in Kraków)

Zanim związałam się z M., który jest Francuzem, gotowałam i piekłam tylko od wielkiego dzwonu. Nie z braku czasu, ale z braku chęci. Jak to się mówi: nie czułam bluesa. Nigdy nie gromadziłam zapasów w kuchni. Składniki na "obiadokolację" - najczęściej pieczywo i coś do posmarowania - kupowałam w drodze do domu. Dziś wiem, że wrzucenie mrożonych warzyw na patelnię trudno nazwać gotowaniem :-)
Francuzi przywiązują bardzo dużą wagę do kultury jedzenia i przyrządzania posiłków. Wspólne gotowanie to jeden z bardziej popularnych sposobów na spędzenie miłego czasu z rodziną i przyjaciółmi.  To także doskonała zabawa "dla dwojga". Dzięki M. odkryłam nowe smaki i sięgnęłam po przepisy, które kiedyś wydawały mi się zbyt skomplikowane. Szafki w kuchni nareszcie zaopatrzone są jak trzeba, a w zamrażarce sezonowe owoce spokojnie czekają, aby pewnego dnia wylądować w cieście z kruszonką lub orzeźwiającym kompocie.
Kuchnia francuska jest naprawdę wyborna. Aromatyczne sery, chrupiące bagietki, aksamitne foie gras czy słodkie croissant to tylko niektóre z ich słynnych przysmaków. Znajdziecie je w "La Petit France" - klimatycznym bistro przy ul. Św. Tomasza. Jeśli natomiast zapragniecie upiec coś przepysznie francuskiego, polecam stylową książkę kucharską "The Art of French Baking". To prawie 400 stron smakowitych przepisów na najsłynniejsze słodkości znad Sekwany. 
Bon Appétit!



23.6.12

Rowerem do Tyńca


Wraz z nadejściem prawdziwie letniej pogody, wskoczyłam na rower. Najbardziej lubię wycieczki na wsi, w górach, z dala od miasta. W ten weekend zostałam jednak uziemiona w Krakowie - i nie żałuję! Trasa do Tyńca jest łatwa, urokliwa i przyjemna. Na miejscu malowniczo położone średniowiecznie Opactwo Benedyktynów, kawiarenka i sklep z produktami benedyktyńskimi. Ja skusiłam się na fikuśną herbatę i żel do ciała z balsamem Kapucyńskim i propolisem.
Trasa jest bardzo popularna (także wśród rolkarzy), ale na szczęście nie tworzą się korki :-) Jeśli tylko nie będziemy miały z Justi zakwasów (i dopisze pogoda ), jutro kolejna wyprawa!











13.6.12

UEFA EURO 2012

Piłka nożna to mój ulubiony sport (do oglądania). Zawsze z niecierpliwością czekam na wszelkie Mundiale i Euro, bo wiem, że mogę spodziewać się widowiska na najwyższym poziomie. Bo futbol to znacznie więcej, niż kopanie piłki. Tym bardziej teraz, gdy jesteśmy jednym z gospodarzy Mistrzostw Europy. Przed meczami "naszych" cały Kraków aż kipi od emocji. Na ulicach królują biało-czerwone flagi, zewsząd dobiegają zagrzewające do walki śpiewy (tudzież dzikie okrzyki - wszystko zależy od ilości spożytego piwa).
A piwo leje się strumieniami. Znalezienie wolnego miejsca w najlepszych pubach graniczy z cudem. Na szczęście niemal wszyscy właściciele lokali w centrum miasta wyczuli koniunkturę i zaopatrzyli się w plazmowe telewizory. Dzięki temu dane mi jest kibicowanie polskiej drużynie w rewelacyjnej, niepowtarzalnej atmosferze. Ale kciuki trzymam nie tylko za "naszych". Mój M. jest Francuzem, więc na sercu leży mi też powodzenie "trójkolorowych". Właściwie w każdym meczu mam swojego faworyta. Czasem wynika to z sentymentu do danego kraju, kiedy indziej z sympatii do któregoś z zawodników.
Zresztą piłkarze już od jakiegoś czasu coraz bardziej przypominają modeli. Boisko to nie tylko pole walki, ale także pokaz mody. Pierwszy był David Beckham. Owszem, piłkę kopał nienajgorzej, ale mąż byłej Spice Girl kojarzy się głównie z ciągłymi zmianami fryzury i coraz to nowymi (i bardziej okazałymi) tatuażami. Największym gogusiem EURO 2012 jest Cristiano Ronaldo. Zdecydowanie nie w moim typie. Ale sądząc po reakcjach fanek (i ilości pieniedzy, jakie dostaje za kontrakty reklamowe), jestem raczej w mniejszości. Zresztą Ronaldo to tylko jeden z wielu piłkarzy, którzy poza boiskiem zarabiają często więcej, niż na nim. A w internetowych serwisach sportowych łatwiej o sondę "Który z piłkarzy jest najprzystojniejszy", niż "Kto wygra mecz". Przyznaję, iż widok zawodników odzianych w idelanie skrojone garnitury nie jest dla mnie przykry. Wolę jednak, żeby zamiast na układaniu włosów w przerwie meczu, skupili się jednak na grze. Facet powinien wyglądac jak facet. I już!
Nawet jeśli "nasi" nie wyjdą z grupy, będę śledziła turniej z zapartym tchem (i kuflem piwa w dłoni). Następne takie święto piłki nożnej dopiero za dwa lata!



3.6.12

FashionBox - The Immortal Icons of Style


Jeden z moich urodzinowych prezentów - ważący dobrych parę kilo, pięknie wydany album poświęcony ikonom mody.
Nie chodzi tu jednak o celebrytki, ale o ponadczasowe elementy garderoby.
Opis jest zbędny - zdjęcia mówią same za siebie.


The Little Black Dress
 Sienna Miller, Factory Girl, 2006


The White Shirt
Scarlett Johansson, Black Dahlia, 2006


Jeans
Jane Fonda, Comes a Horseman, 1978


The Suit
Romy Schneider, Boccaccio, 1962


The Bikini
 
Rita Hayworth, 1947


 The Turtleneck
Catherine Deneuve, La Chamade, 1968


Hot Pants
Christina Ricci, Black Snake Moan, 2006


The Pencil Skirt
Faye Dunaway, Bonnie and Clyde, 1967


The T-Shirt
Debbie Harry, 1979


The Trench Coat
Meryl Streep, Kramer vs. Kramer, 1979


The Miniskirt
Sharon Stone, Basic Instinct, 1992


The Twinset
 
  Kirsten Dunst, Mona Lisa Smile, 2003


The Androgynous Look
Marlene Dietrich, Morocco, 1930


The Corset
Penelope Cruz, Nine, 2009


Capri Pants
Audrey Hepburn, Sabrina, 1954


The Sheath Dress
Marilyn Monroe, How to Marry a Millionaire, 1953


(fanpop.com, filmnoirphotos.blogspot.com, vogue.it, smokingsides.com, ebay.com, cinema.de, fanpix.net, thebudgetfashionista.com, typotees.blogspot.com, vogue.co.uk, holytaco.com, video.cineplex.com, wineharlots.com, wildsound-filmmaking-feedback-events.com, diamondsjoyandcharm.blogspot.com, buzznet.com)