25.9.11

I love Paris

Tytuł posta mówi sam za siebie – zakochałam się w Paryżu! Ale od początku…
Dwa tygodnie temu wylądowałyśmy na podparyskim lotnisku Beauvais, skąd wraz z Mathieu i Viktorem wyruszyliśmy do Rouen. Nigdy wcześniej nie byłam we Francji, ale to, co zobaczyłam, oczarowało mnie. To niezwykle piękny kraj – czysty, przyjemny, powiedziałabym, że z klasą. Z Rouen udaliśmy się do Mont Saint-Michel, miejsca jak z bajki. Wieczór spędziliśmy w Rennes, gdzie mieszkają rodzice Mathieu.  Poznałyśmy największego kota na świecie, piłyśmy rum z lodem, oglądałyśmy albumy z kompromitującymi zdjęciami Mathieu z dzieciństwa, a następnie wybraliśmy się do miasta na kolację. Przejdzie ona zresztą do historii, ale szczegóły zna tylko kilka osób, wyłączając Mathieu i Viktora ;-D Bardzo chcieli wiedzieć, z czego się tak histerycznie śmiałyśmy, ale będziemy milczeć, jak grób. Po kolacji skoczyliśmy jeszcze na piwo, gdzie rozpływałyśmy się nad pięknym barmanem i jeszcze piękniejszym francuskim buldogiem. Z kolei nad ranem wybrałam się z Mathieu i Viktorem na szybkie zwiedzanie Rennes. Po południu dotarliśmy do Paryża
No kocham Paryż i już. Przespacerowałyśmy się nim wzdłuż i wszerz, zrobiłyśmy chyba z 50 km na piechotę (znacznie więcej, niż metrem). Gdziekolwiek byśmy nie trafiły, było niesamowicie! W Paryżu podoba mi się wszystko – architektura, atmosfera, kultura, ludzie, sklepy, zabytki… A jacy przystojni mężczyźni… Było na czym (i na kim) oko zawiesić… Mieszkańcy noszą się z klasą i niewymuszonym wdziękiem. Po paru dniach w stolicy Francji czułyśmy się nie jak turystki, ale jak Paryżanki. Wspaniałe uczucie. Gdy wyjeżdżałyśmy w dalszą drogę, płakałyśmy jak głupie. Mathieu potwierdzi :-D W ogóle nie czułam podniecenia związanego z wyprawą do Londynu. Zresztą podróż autokarem do najprzyjemniejszych nie należała. Klimatyzacja ustawiona była chyba na minus 10 stopni (w pewnym momencie okrywałam się nawet firanką). Po dotarciu do Calais (około 2-giej nad ranem) wyganiali nas i zaganiali tam i z powrotem. A bo odprawa, a bo prom, a bo coś tam jeszcze. Gdy w końcu około 7 rano dotarłyśmy do Londynu, marzyłyśmy tylko o prysznicu i śniadaniu. Biedny Tadek, musiał wstać wcześniej, niż zamierzał :-D Na całe szczęście w swoim londyńskim mieszkaniu ma zarówno wannę, jak i lodówkę. Byłyśmy uratowane! Dobrze mieć takiego kolegę – zaopiekuje się tobą, oprowadzi po mieście. Londyn jest ciekawy, ale nie zachwycił mnie. Najwyraźniej pasuję do Paryża – Londyn to nie moje klimaty. Doceniam zabytki, ładne widoki (szczególnie wzdłuż Tamizy), niebanalnie ubranych ludzi. Ale w sklepiku w Tate Modern podziękowałam ekspedientce po francusku… I to zupełnie nieświadomie! O czymś to świadczy. Jeśli chodzi o Anglię, najbardziej do gustu przypadły mi tamtejsze puby. Bardzo klimatyczne, z wyśmienitym piwem. Tylko nie zamawiajcie fish and chips, ostrzegam!
Ostatnim przystankiem w naszej podróży było niewielkie Northampton. Można powiedzieć, że w końcu wypoczęłyśmy. Po wielu dniach ciągłej bieganiny, wrzuciłyśmy na luz. Wyluzować się pomagali nam Monika, Karol i Allan. Skutecznie :-D
To był naprawdę cudowny urlop. Ale już planuję następną wyprawę. Do Paryża, oczywiście!

P.S. Zdjęcia możecie znaleźć na moim drugim blogu. Ale ostrzegam, jest ich sporo :-D

8.9.11

Holiday Holiday Holiday

NARESZCIE!!! Wielkimi krokami zbliża się moment, na który czekałam od paru miesięcy. WA-KA-CJEEEEE!!!! JE JE JE!!!!!!!!!!!!!! :-D Radość odwrotnie proporcjonalna do wielkości bagażu podręcznego. Hmm... Jak upchnąć szafę, toaletkę i łazienkę w walizce przypominającej pudełko zapałek...?!?!? ;-) W dodatku całość nie może ważyć więcej, niż 10 kg! Skandal, ludziska, skandal! ;-p Na szczęście nie lecimy na drugi koniec świata. Ale na razie nic więcej nie zdradzę :-) Wspomnę tylko tyle, że 8-gigowa karta pamięci czeka, by wypełnić ją zdjęciami ;-D
Do zobaczenia za dwa tygodnie!!!