8.6.11

Melancholia


Film rozpoczyna się składanką niemal statycznych, przygnębiających ujęć, przeplatanych obrazem zmierzającej ku Ziemi nieznanej planety. W tle wybrzmiewa przepiękne „Preludium" z „Tristana i Izoldy” Wagnera. Niewielki, błękitno-zielony obiekt zbliża się coraz bardziej i bardziej...

Justine (świetna Kirsten Dunst) i Michael (Alexander Skarsgård), świeżo poślubieni małżonkowie, spóźniają się na własne wesele. Przyjęcie urządziła im siostra Justine, Claire (genialna Charlotte Gainsbourg), w ogromnej posiadłości swojego męża Johna (Kiefer Sutherland). Początkowo Justine wygląda na szczęśliwą. Ale to tylko pozory.

Cierpiąca na depresje dziewczyna w ciągu jednego wieczoru traci pracę, męża i szacunek do rodziców. Jedyną osobą, która okazuje jej wsparcie, jest Claire. Chora Justine zamieszkuje z siostrą, szwagrem i siostrzeńcem. Cała czwórka obserwuje coraz wyraźniej rysującą się na niebie planetę – Melancholię.

Lars von Trier stworzył niesamowicie nastrojowe, wzruszające, ale też przerażające dzieło. Zbliżająca się do Ziemi Melancholia stanowi punkt wyjściowy dla emocji targających każdym z mieszkańców wiejskiej posiadłości. Jest czymś wspaniałym, ale jednocześnie budzącym strach. Czymś, co zwiastuje nieuniknioną tragedię. „To będzie piękny koniec świata” głosi hasło reklamujące film. I nie sposób się z tym nie zgodzić.

Jak na zbliżającą się katastrofę reagują główni bohaterowie dramatu? Justine jest bierna, pogodzona z losem. Zrozpaczonej Claire mówi: „Ziemia jest zła. Nikt nie będzie za nią tęsknił”. Claire na Melancholię patrzy z niepokojem. Justine z uśmiechem – jak na długo oczekiwanego kochanka. Koniec świata nie będzie dla niej tragedią, lecz wybawieniem. John jest początkowo pełen entuzjazmu i wiary w to, ze planeta ominie Ziemię. Gdy w końcu dociera do niego przerażająca prawda, próżno oczekiwać po nim zachowania à la Bruce Willis.

I tym właśnie różni się film von Triera od szeregu katastroficznych kaszanek w stylu „Armageddona”. Gdy przy dźwiękach muzyki Wagnera kamera kieruje się ku majaczącej na niebie Melancholii, odczuwa się większy dreszcz emocji, niż we wszystkich filmach Rolanda Emmericha razem wziętych. Paradoksalnie, napięcie potęguje z pozoru spokojna atmosfera. Akcja ani na chwilę nie przenosi się z wiejskiej posiadłości Johna i Claire. Nie zobaczymy rozhisteryzowanych tłumów na ulicach wielkich miast, nie usłyszymy patetycznego orędzia prezydenta USA. Towarzyszymy tylko trzem dorosłym osobom, z których każda na swój własny sposób stawia czoła nadciągającej tragedii.

Ale czy o apokalipsę tu chodzi? Melancholia stanowić może przecież alegorię każdej sytuacji, która nas przerasta. Sytuacji, z którą nie jesteśmy w stanie sobie poradzić.

Przez film duńskiego reżysera najpierw nie mogłam zasnąć, a potem śniłam o końcu świata. Jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji? Jak Justine, z ulgą przyjmując śmierć? Jak Claire, trzęsąc się z rozpaczy i strachu? Czy może jak John, nie mając odwagi spojrzeć przeznaczeniu w oczy? Obyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonać.


1 komentarz:

Hazel pisze...

Zachęciłaś mnie. Na pewno zobaczę ten film. Dziś byłam na Moskitierze i nie wiem co mam myśleć o tym filmie. Naprawdę dziwny, ale momentami tragicznie śmieszny. Zachowanie bohaterów obserwowałam najpierw jak postaci z kosmosu, ale potem dostrzega się coraz lepiej, że są bardzo ludzcy, że takie historie są codziennością wielu osób, a nawet, o zgrozo, dostrzegłam podobieństwa z samą sobą.

Prześlij komentarz