26.6.11

Nic do oclenia / Rien à Déclarer

Lubię francuskie komedie. Są bezpretensjonalne, zabawne i ciepłe. W przeciwieństwie do amerykańskich, nie epatują humorem z rynsztoka. Bardzo podobały mi się "Czyja to kochanka?" i "Jeszcze dalej niż północ" - tym chętniej wybrałam się więc na "Nic do oclenia". Trzeba przyznać, że Dany Boon jest w formie. Napisał scenariusz, wyreżyserował film i wcielił się w jedną z głównych postaci. "Nic do oclenia" to satyra na francusko-belgijskie animozje. Rok 1993. Po zniesieniu granic w UE, francuski celnik Mathias (Boon) i jego belgijski odpowiednik Ruben (Benoît Poelvoorde) są zmuszeni pracować razem. Sprawę komplikuje fakt, iż Ruben otwarcie przyznaje się do niechęci (lekko mówiąc) wobec Francuzów. Film Boona obfituje w błyskotliwe dialogi i sytuacyjne gagi. Nie tyle obala stereotypy, co bezlitośnie je wyśmiewa. To godne pozazdroszczenia, że zarówno Francuzi, jak i Belgowie, potrafią śmiać się z samych siebie. Ze swoich narodowych przywar i wad. My, Polacy, nie mamy wobec siebie takiego dystansu. Traktujemy naszą polskość śmiertelnie poważnie. A szkoda, bo tematów na dobrą, prześmiewczą komedię o Polakach nie brakuje.

21.6.11

Sara Gruen - "Woda dla słoni"

 

Na wstępie zaznaczam, że filmu nie widziałam. Trafiłam na kilka recenzji i większość nie pozostawiła na nim suchej nitki, więc odpuściłam. Co innego książka Sary Gruen. Czyta się ją jednym tchem. Nie jest to może wybitna literatura traktująca o sensie życia, ale na lekturę do poduchy nadaje się, jak żadna inna.
USA, rok 1931. Młody student weterynarii, Jacob Jankowski, traci rodziców w wypadku samochodowym. Pod wpływem impulsu rzuca szkołę i dołącza do Cyrku Braci Benzini, przemierzającego kraj. Poznaje pracę cyrku od środka, opiekuje się zwierzętami, nawiązuje przyjaźnie, zakochuje się w żonie szefa...

Widać, że Sara Gruen dobrze odrobiła lekcję z historii przedwojennych grup cyrkowych. Romans w "Wodzie dla słoni" nie odznaczałby się niczym wyjątkowym, gdyby nie sceneria, w której się rozgrywa. Okazuje się, że ówczesny cyrk to nie tylko namiot, lwy, akrobaci i klauni. Za kulisami rozgrywały się rzeczy, o których istnieniu nie miałam najmniejszego pojęcia. I właśnie dla tego barwnego i nierzadko wstrząsającego obrazu cyrku warto sięgnąć po książkę Gruen.

Co ciekawe, główny bohater został przedstawiony w jak najbardziej pozytywnym świetle. Niby nic nadzwyczajnego, ale zważywszy na to, że to Polak... Wszak amerykańska kultura zwykle karmi nas portretami cwanych i/lub głupich i/lub nieuczciwych "Polaczków". Tym bardziej zachęcam Was do lektury "Wody dla słoni". Jestem pewna, że nie będziecie żałować.





13.6.11

The Tree of Life


Na "The Tree of Life" Terrence'a Malicka szłam przepełniona entuzjazmem. Złota Palma, świetne recenzje, doskonali aktorzy. Niestety, z przykrością stwierdzam: zawiodłam się. Być może to dlatego, że spodziewałam się arcydzieła, a zobaczyłam po prostu przyzwoity, choć wielce oryginalny film.

Brad Pitt jest jak zawsze rewelacyjny. Ze swoją rolą świetnie poradził też sobie Hunter McCracken (jako mały Jack), niezła jest Jessica Chastain. Z kolei Sean Penn nie gra, a snuje się po ekranie z miną wielkiego cierpiętnika.

Część filmu okazująca napiętą atmosferę w domu państwa O'Brien jest ciekawa i przykuwa uwagę widza. Pan O'Brien (Pitt) jest surowym, wymagającym i nie znoszącym sprzeciwu ojcem. Gdy wyjeżdża w podroż służbową, jego trzej synowie nie ukrywają radości. Zwłaszcza Jack ujawnia swą buntowniczą naturę.

Z ekranu raz za razem płyną pełne refleksji zdania. Bohaterowie zadają szereg pytań dotyczących życia, wiary, przeznaczenia. Reżyser serwuje nam zdjęcia wszechświata, natury i morskich stworzonek. Przy dźwiękach "Lacrimosy" Preisnera oglądamy Wielki Wybuch, galaktyki, nie zabraknie nawet dinozaurów (na co sala zareagowała śmiechem, co oznacza, że zupełnie nie zrozumiała przesłania). I to wszystko, owszem, piękne i dające do myślenia – ale przeraźliwie nudne i rozwleczone do granic wytrzymałości! Parę osób opuściło kino jeszcze w trakcie seansu, a gdy wreszcie pojawiły się napisy końcowe, wszyscy odetchnęli z ulgą.

"The Tree of Life" nie jest filmem do oglądania – jest filmem do kontemplowania. Bardzo, naprawdę bardzo chciałabym napisać, że to jedno z lepszych dzieł kinowych, jakie widziałam. Niestety... Może gdybym obejrzała raz jeszcze... Bez tego pana po lewej, któremu nie zamykała się buzia i bez dziewczyny z przodu, która co pięć minut sprawdzała coś w telefonie.

Może...


8.6.11

Melancholia


Film rozpoczyna się składanką niemal statycznych, przygnębiających ujęć, przeplatanych obrazem zmierzającej ku Ziemi nieznanej planety. W tle wybrzmiewa przepiękne „Preludium" z „Tristana i Izoldy” Wagnera. Niewielki, błękitno-zielony obiekt zbliża się coraz bardziej i bardziej...

Justine (świetna Kirsten Dunst) i Michael (Alexander Skarsgård), świeżo poślubieni małżonkowie, spóźniają się na własne wesele. Przyjęcie urządziła im siostra Justine, Claire (genialna Charlotte Gainsbourg), w ogromnej posiadłości swojego męża Johna (Kiefer Sutherland). Początkowo Justine wygląda na szczęśliwą. Ale to tylko pozory.

Cierpiąca na depresje dziewczyna w ciągu jednego wieczoru traci pracę, męża i szacunek do rodziców. Jedyną osobą, która okazuje jej wsparcie, jest Claire. Chora Justine zamieszkuje z siostrą, szwagrem i siostrzeńcem. Cała czwórka obserwuje coraz wyraźniej rysującą się na niebie planetę – Melancholię.

Lars von Trier stworzył niesamowicie nastrojowe, wzruszające, ale też przerażające dzieło. Zbliżająca się do Ziemi Melancholia stanowi punkt wyjściowy dla emocji targających każdym z mieszkańców wiejskiej posiadłości. Jest czymś wspaniałym, ale jednocześnie budzącym strach. Czymś, co zwiastuje nieuniknioną tragedię. „To będzie piękny koniec świata” głosi hasło reklamujące film. I nie sposób się z tym nie zgodzić.

Jak na zbliżającą się katastrofę reagują główni bohaterowie dramatu? Justine jest bierna, pogodzona z losem. Zrozpaczonej Claire mówi: „Ziemia jest zła. Nikt nie będzie za nią tęsknił”. Claire na Melancholię patrzy z niepokojem. Justine z uśmiechem – jak na długo oczekiwanego kochanka. Koniec świata nie będzie dla niej tragedią, lecz wybawieniem. John jest początkowo pełen entuzjazmu i wiary w to, ze planeta ominie Ziemię. Gdy w końcu dociera do niego przerażająca prawda, próżno oczekiwać po nim zachowania à la Bruce Willis.

I tym właśnie różni się film von Triera od szeregu katastroficznych kaszanek w stylu „Armageddona”. Gdy przy dźwiękach muzyki Wagnera kamera kieruje się ku majaczącej na niebie Melancholii, odczuwa się większy dreszcz emocji, niż we wszystkich filmach Rolanda Emmericha razem wziętych. Paradoksalnie, napięcie potęguje z pozoru spokojna atmosfera. Akcja ani na chwilę nie przenosi się z wiejskiej posiadłości Johna i Claire. Nie zobaczymy rozhisteryzowanych tłumów na ulicach wielkich miast, nie usłyszymy patetycznego orędzia prezydenta USA. Towarzyszymy tylko trzem dorosłym osobom, z których każda na swój własny sposób stawia czoła nadciągającej tragedii.

Ale czy o apokalipsę tu chodzi? Melancholia stanowić może przecież alegorię każdej sytuacji, która nas przerasta. Sytuacji, z którą nie jesteśmy w stanie sobie poradzić.

Przez film duńskiego reżysera najpierw nie mogłam zasnąć, a potem śniłam o końcu świata. Jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji? Jak Justine, z ulgą przyjmując śmierć? Jak Claire, trzęsąc się z rozpaczy i strachu? Czy może jak John, nie mając odwagi spojrzeć przeznaczeniu w oczy? Obyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonać.


5.6.11

My Style Icons (9) - Kirsten Dunst














(skyliving.sky.com, fashiongrunge.com, mycelebrityfashion.co.uk, alchilleratocolumeab.blogspot.com, blog.gettyimages.com, denimology.com, shoppingblog.com)


Wielbicielka Ray Ban'ów i mistrzyni stylu casual o aparycji dziewczyny z sąsiedztwa.
Kirsten Dunst.
Po raz pierwszy zachwyciła mnie w "Wywiadzie z wampirem".
I to głównie ze względu na nią chcę wybrać się teraz do kina na "Melancholię" von Triera.


2.6.11

Urodzinowo

Jaki to miły dzień, Urodziny. I gdy jeszcze tyle osób o tobie pamięta! Dawno nie dostałam tylu świetnych prezentów (a z dobrych źródeł wiem, że to jeszcze nie wszystko, hehe).

Ale do rzeczy. Wczorajszy wieczór spędziłam piekąc ciasto czekoladowe z owocami i galaretką według przepisu z rewelacyjnego bloga mojewypieki.blox.pl. Miałam obawy co do powodzenia tej kulinarnej opreacji, które to jednak okazały się bezpodstawne – ku mojej radości ciasto rozeszło się w niecałe 10 minut.

Pewne jest to, że w najbliższym czasie nie będę miała problemów z wyborem lektury do tramwaju, łóżka i na balkon :-) Wprawne oko kolegów z nordyckiego teamu dostrzegło, że lubię czytać po angielsku – i tak oto stałam się właścicielką ”The Pyramid” Henninga Mankella. Pytanie tylko za co wezmę się najpierw – za szwedzki kryminał czy wyciskasz łez „Woda dla słoni” Sary Gruen…? Bez obaw – to nie z powodu Pattinsona. A właściwie to jego sprawka, ale nie w sensie, który może przyjść Wam do głowy ;p Otóż od paru tygodni jego nieudolne próby mówienia po polsku są jednym z wielu powodów do żartów między nami, przyjaciółkami. Zresztą przekonajcie się sami. Oprócz Roberta „Podnieś Nuoge” Pattinsona podniecamy się – i to nieprzerwanie od wieeeeelu miesięcy – ”The Vampire Diaries”. Nie dziwi więc prezent w postaci plakatu Damona z wiele mówiącym podtytułem ”love sucks”. Całości dopełnił przecudnej urody storczyk, który dumnie zajął miejsce na toaletce.

Aby łatwiej mi było zataszczyć owe skarby do domu, mój team sprezentował mi lansiarską torbę na zakupy z nieśmiertelną MM i odpowiednim napisem :-) Do sporej kolekcji breloczków dołączyła z kolei zadziorna kokeshi (made by Izon), której dałam na imię Sayuri.

Moja „marcepanowa” siostra zadbała o to, żebym była piękna i gładka. Kolczyki w pepitkę, mleczko-olejek i maseczka żelowa na oczy to prezenty z serii tych, które nigdy mi się nie nudzą.

Otrzymywanie podarunków to świetna sprawa. Owszem, liczy się przede wszystkim pamięć, ale co będę owijać w bawełnę – lubię prezenty :-D Szczególnie te od serca.

Dziękuję!!!

P.S. Przy okazji zapraszam na Candy u Izona – do wygrania czaderski łoś!!!