14.4.11

Somewhere

Bardzo lubię styl Sofii Coppoli - długie, często wręcz statyczne ujęcia, spokojna narracja, nastrojowe sceny i doskonale dobrana, współgrająca z treścią ścieżka dźwiękowa. Uwielbiam nie tylko nagrodzone Oscarem "Lost in Translation", ale także zmieszaną z błotem "Marie Antoinette". Wczoraj wybrałam się do kina na "Somewhere" i, zgodnie z przewidywaniami, bardzo mi się spodobał. Gdyby poproszono mnie o streszczenie fabuły, miałabym z tym jednak spore problemy. Film Coppoli nie jest fascynującą, pełną niespodziewanych zwrotów akcji historią. To powolna, melancholijna opowieść o zblazowanej, znudzonej gwieździe Hollywood, której życie upływa głównie na seksie i imprezowaniu. I to nie byle gdzie, bo w legendarnym hotelu Chateau Marmont - słynącym z personelu o niespotykanej nigdzie indziej dyskrecji. Johnny Marco (świetny Stephen Dorff) ma pieniądze i sławę, ale jego egzystencja jest smutna i pozbawiona sensu. Snuje się ulicami LA w swoim pięknym, czarnym Ferrari (które de facto jest jednym z głównych bohaterów filmu) lub bezmyślnie popija piwo w hotelowym pokoju. Z odrętwienia wyrywa go dopiero 11-letnia córka Cleo (także rewelacyjna Elle Fanning), na którą z racji nagłego wyjazdu matki zostaje poniekąd skazany.
"Somewhere" nie jest filmem wybitnym. Wielu stwierdzi, ze to nudna, pretensjonalna i pozbawiona emocji historia. Trochę w tym racji - emocje co prawda są, ale głęboko ukryte. Ja z kolei zarzuciłabym mu zbytnie podobieństwo do "Lost in Translation". Pobyt Johnny'ego w Mediolanie bardzo przypomina tokijskie perypetie Boba. Poza tym da się zauważyć sporo zapożyczonych z "Lost..." ujęć i scen (jak choćby Cleo zwieszająca głowę na ramieniu ojca). Niemniej jednak wystawiam "Somewhere" wysoką ocenę i polecam wszystkim, którzy pragną się w kinie wyciszyć i zrelaksować. W czym na pewno pomoże przyjemny i nader często słyszany warkot silnika Ferrari.

3 komentarze:

iza pisze...

:), fajnie to napisalas Ewonie :):)zachecajaco:)

MaLa pisze...

uwielbiam Sofie Coppolę ona potrafi wyrazić bardzo wiele, używając minimum słów i ten jej styl. A widziałaś Przekleństwa niewinności (to mój faworyt)?

Hazel pisze...

Dawno nie byłam w kinie, chyba czas nadrobić zaległości. Dla mnie też ciągle faworytem są Przekleństwa Niewinności.

Prześlij komentarz