28.4.11

Kate & William Wedding Horror Show


Uff... To już jutro. Jeszcze tylko przetrwać wieczorne serwisy informacyjne i świat wróci na właściwy tor. Od tygodni ślub księcia Williama i Kate Middleton jest tematem numer jeden - i to nie tylko w Wielkiej Brytanii. Włączam telewizję - ślub. Odpalam Internet - ślub. Aż się boję otwierać lodówkę... Jesteśmy bombardowani informacjami na temat młodej pary i przygotowań do ceremonii. Podobno w światowych mediach TEN temat pojawia się co 9 sekund. No żesz zwariować można! (Właśnie oglądam Fakty i zgadnijcie - o czym mówią?) Nie! Nie! Nie! Wcale nie chcę wiedzieć, jakie będą śpiewane psalmy i gdzie Kate spędzi ostatni panieński wieczór. Litości! Ja rozumiem, że przyjemniej jest słuchać o młodych, pięknych i bogatych (księżniczkach-to-be), niż o zamieszkach w Afryce, ale na miłość boską! Czy to ważne o której siostra kuzynki szwagra teścia wujka Kate wyjdzie jutro z domu?!? Ja wiem, że wstanę o 5:30, żeby przed pracą zdążyć obejrzeć najnowszy odcinek "wampirków" :-D Z tego całego ślubnego zamieszania interesuje mnie tylko jedna rzecz. A właściwie to dwie - kreacje panny młodej i Victorii Beckham.
Swoją drogą wcal
e nie zazdroszczę Kate. Co ciekawe, nie zamieniłaby się z nią także większość Brytyjek! Bo cóż z tego, że będzie miała księcia u boku, szofera pod domem i garderobę wielkości hangaru. Każdy jej krok będzie śledzony, fotografowany i komentowany. Już zawsze. Bez względu na to, czy małżeństwo przetrwa próbę czasu. Zdarza Wam się czasem wyjść na chwilę z domu w rozciągniętym swetrze, bez grama makijażu i z rozczochranymi włosami, bo zachciało Wam się waniliowych lodów ze sklepu naprzeciwko? A gdybyście wiedzieli, że kilkunastu paparazzi tylko na to czeka, cierpliwie czatując za rogiem? No właśnie... Kate, niech moc będzie z tobą!





P.S. Specjalne podziękowania dla Kiniora za pomysł ze szpinakiem :-D


14.4.11

Somewhere

Bardzo lubię styl Sofii Coppoli - długie, często wręcz statyczne ujęcia, spokojna narracja, nastrojowe sceny i doskonale dobrana, współgrająca z treścią ścieżka dźwiękowa. Uwielbiam nie tylko nagrodzone Oscarem "Lost in Translation", ale także zmieszaną z błotem "Marie Antoinette". Wczoraj wybrałam się do kina na "Somewhere" i, zgodnie z przewidywaniami, bardzo mi się spodobał. Gdyby poproszono mnie o streszczenie fabuły, miałabym z tym jednak spore problemy. Film Coppoli nie jest fascynującą, pełną niespodziewanych zwrotów akcji historią. To powolna, melancholijna opowieść o zblazowanej, znudzonej gwieździe Hollywood, której życie upływa głównie na seksie i imprezowaniu. I to nie byle gdzie, bo w legendarnym hotelu Chateau Marmont - słynącym z personelu o niespotykanej nigdzie indziej dyskrecji. Johnny Marco (świetny Stephen Dorff) ma pieniądze i sławę, ale jego egzystencja jest smutna i pozbawiona sensu. Snuje się ulicami LA w swoim pięknym, czarnym Ferrari (które de facto jest jednym z głównych bohaterów filmu) lub bezmyślnie popija piwo w hotelowym pokoju. Z odrętwienia wyrywa go dopiero 11-letnia córka Cleo (także rewelacyjna Elle Fanning), na którą z racji nagłego wyjazdu matki zostaje poniekąd skazany.
"Somewhere" nie jest filmem wybitnym. Wielu stwierdzi, ze to nudna, pretensjonalna i pozbawiona emocji historia. Trochę w tym racji - emocje co prawda są, ale głęboko ukryte. Ja z kolei zarzuciłabym mu zbytnie podobieństwo do "Lost in Translation". Pobyt Johnny'ego w Mediolanie bardzo przypomina tokijskie perypetie Boba. Poza tym da się zauważyć sporo zapożyczonych z "Lost..." ujęć i scen (jak choćby Cleo zwieszająca głowę na ramieniu ojca). Niemniej jednak wystawiam "Somewhere" wysoką ocenę i polecam wszystkim, którzy pragną się w kinie wyciszyć i zrelaksować. W czym na pewno pomoże przyjemny i nader często słyszany warkot silnika Ferrari.

12.4.11

A Perfect Gift From a Perfect Friend*



... and another unforgettable night at Bunkier Cafe.


* Blueberry Wild


7.4.11

You Will Meet a Tall Dark Stranger


Kiedyś (wieki temu...) nie przepadałam za Allenem. Nie odpowiadał mi jego styl, nie bawił, nie zachwycał, a co najwyżej irytował. Wszystko zmieniło się po "Match Point" - filmie, który plasuje się w czołówce moich ulubionych dzieł kinematografii. Potem była seksowna "Vicky, Cristina..." i ciepłe "Whatever Works". Na "You Will Meet a Tall Dark Stranger" szłam pełna nadziei, że Allen znów mnie zaciekawi, rozśmieszy i zmusi do refleksji. Tak też się stało. Najnowsze dziecko reżysera to słodko-gorzka opowieść o życiu i przemijaniu. O miłości prawdziwej i jej karykaturze. O różnych (bardzo różnych) sposobach na osiągnięcie szczęścia. Koniec, choć pozostawia pewien niedosyt, jest bardzo wymowny.
I niekoniecznie optymistyczny.
..
Niekwestionowanym atutem "You Will Meet..." są świetne kreacje aktorskie. Na uwagę zasługuje zwłaszcza Anthony Hopkins w roli podstarzałego entuzjasty dwudziestoletnich blond piękności. Przy okazji polecam doskonały wywiad z Hopkinsem w Newsweeku. Pozostali aktorzy, należący zresztą do światowej czołówki, nie zawodzą. Do Naomi Watts zawsze miałam słabość...
Warto wybrać się do kina. Choćby ze względu na wątek z odwiedzającą wróżkę teściową :-)