22.1.11

HURTS - Kraków 21/01 Klub Studio

W przeciwieństwie do koncertu Madonny, kiedy to wymarzone i nieprzyzwoicie drogie bilety do strefy golden circle kupowałam w pierwszych minutach od rozpoczęcia sprzedaży, na występ brytyjskiej grupy Hurts wybrałam się z czystego przypadku. Nawet nie wiedziałam, że będą w Krakowie. Ba! Nie wiedziałam, że w ogóle będą w Polsce. Poza ich największym przebojem "Wonderful Life", znałam tylko parę piosenek, odsłuchiwanych od niechcenia, przy okazji. Na koncert namówiła mnie Ania, trochę się wahałam, ale ostatecznie bilet zakupiłam.
Nie byłam podniecona wyczekiwaniem na duet z Manchesteru, żadne tam ciarki na plecach czy serca kołatanie. Nie zależało mi nawet na tym, żeby przyjść wcześniej i zając lepsze miejsce. Ot, zwyczajne wyjście w zwyczajny piątkowy wieczór.

Z całą powagą i głębokim przekonaniem stwierdzam - koncert był rewelacyjny.

Po dwóch godzinach stania w kolejkach - do wejścia, do szatni, do kolejnego wejścia - dotarłam na miejsce. Stałam tylko parę metrów od sceny w przyciasnej, ale klimatycznej sali krakowskiego Klubu Studio. Na początek jako
support wystąpił polski zespół Kamp! (polecam). Punktualnie o 21 na scenie pojawili się Hurts - Theo Hutchcraft i Adam Anderson z ekipą. Sala oszalała. Pisk był tak głośny, że musiałam zatkać uszy. Między kolejnymi wybuchami masowej histerii dało się słyszeć teksty typu "zaraz zemdleję" albo "on jest pięęęęęęękny". On, czyli wokalista Theo, ubrany w elegancko skrojony garnitur i nienagannie wyprasowaną białą koszulę. Ze starannie zaczesanymi i utrwalonymi żelem włosami. Z kolczykiem w uchu i bukietem róż, które od czasu do czasu rzucał w kierunku fanek, wpatrzonych w niego rozanielonym wzrokiem.
Theo, najwyraźniej zadowolony z reakcji polskiej publiczności, kokietował spojrzeniem, uśmiechem i gestami (ten język!). Widać, że lubi dawać koncerty, widać, że bawi go to, co robi. Jakże on pieścił ten mikrofon! I, co najważniejsze, rewelacyjnie śpiewa na żywo. Dzięki koncertowi polubiłam piosenki, za którymi do tej pory nie przepadałam. Moimi faworytami nadal pozostają "Wonderful Life", "Sunday", "Better Than Love" i "Silver Lining", ale nawet omijane wcześniej przeze mnie szerokim łukiem "Illuminated" wydaje mi się teraz mniej patetyczne.

Za bilet na koncert Madonny zapłaciłam 400 zł. Hurts kosztowali mnie cztery razy mniej. Bawiłam się nieporównywalnie lepiej.


3 komentarze:

iza pisze...

mam nadzieje, ze impreza karnawalowa tez sie udala , pozdrawiam Ewonku

m a r c e p a n o w a pisze...

Było wspaniale!

Sunniva pisze...

I love Hurts. They have such great songs xo

Prześlij komentarz