5.11.11

Changes



Czasami jest tak, że im więcej mam do powiedzenia, tym mniej mówię. 
Ostatni tydzień upłynął pod znakiem wielkich zmian w moim życiu.
Nowa praca, nowy związek.
Coś się kończy, by zrobić miejsce czemuś nowemu.
Szczęście znajduję tam, gdzie najmniej się tego spodziewałam. 
Dziękuję tym, którzy wywołali u mnie łzy wzruszenia. 
I tym, dzięki którym moje serce zabiło mocniej. 










16.10.11

Jane Eyre

Niełatwo w dzisiejszych czasach o film romantyczny, który jednocześnie nie jest przesłodzony. Trudno o wiarygodną historię miłości z pozoru niemożliwej. Tym bardziej polecam nastrojową i wyważoną adaptację powieści Charlotte Brontë w reżyserii Cary Joji Fukunagi. 
Mia Wasikowska wciela się w postać sieroty-guwernatki, zakochanej z wzajemnością w swoim chlebodawcy (w tej roli Michael Fassbender). Ich związek jest ewidentnym mezaliansem i mało kto wierzy w to, iż Rochester zdecyduje się poślubić biedną Jane. W opowieści Brontë momenty radosne przeplatają się z tragicznymi. Gdy wydaje się, że bohaterowie odnajdą swoje szczęście, los płata im figla. Gdy mamy wrażenie, iż wszelka nadzieja legła w gruzach, pojawia się promyk nadziei.
Dużym atutem filmu jest obsadzenie w roli Jane znanej z "Alicji w Krainie Czarów" Mii Wasikowskiej. To aktorka ładna, lecz nie olśniewająco piękna - tym samym jej uroda nie odbiega zbytnio od opisu w książkowym pierwowzorze. Michael Fassbender trzyma poziom, ale to Mia - grająca niemal przezroczystą Jane - przykuła moją uwagę. Mimo wyjątkowo nietwarzowej fryzury.

25.9.11

I love Paris

Tytuł posta mówi sam za siebie – zakochałam się w Paryżu! Ale od początku…
Dwa tygodnie temu wylądowałyśmy na podparyskim lotnisku Beauvais, skąd wraz z Mathieu i Viktorem wyruszyliśmy do Rouen. Nigdy wcześniej nie byłam we Francji, ale to, co zobaczyłam, oczarowało mnie. To niezwykle piękny kraj – czysty, przyjemny, powiedziałabym, że z klasą. Z Rouen udaliśmy się do Mont Saint-Michel, miejsca jak z bajki. Wieczór spędziliśmy w Rennes, gdzie mieszkają rodzice Mathieu.  Poznałyśmy największego kota na świecie, piłyśmy rum z lodem, oglądałyśmy albumy z kompromitującymi zdjęciami Mathieu z dzieciństwa, a następnie wybraliśmy się do miasta na kolację. Przejdzie ona zresztą do historii, ale szczegóły zna tylko kilka osób, wyłączając Mathieu i Viktora ;-D Bardzo chcieli wiedzieć, z czego się tak histerycznie śmiałyśmy, ale będziemy milczeć, jak grób. Po kolacji skoczyliśmy jeszcze na piwo, gdzie rozpływałyśmy się nad pięknym barmanem i jeszcze piękniejszym francuskim buldogiem. Z kolei nad ranem wybrałam się z Mathieu i Viktorem na szybkie zwiedzanie Rennes. Po południu dotarliśmy do Paryża
No kocham Paryż i już. Przespacerowałyśmy się nim wzdłuż i wszerz, zrobiłyśmy chyba z 50 km na piechotę (znacznie więcej, niż metrem). Gdziekolwiek byśmy nie trafiły, było niesamowicie! W Paryżu podoba mi się wszystko – architektura, atmosfera, kultura, ludzie, sklepy, zabytki… A jacy przystojni mężczyźni… Było na czym (i na kim) oko zawiesić… Mieszkańcy noszą się z klasą i niewymuszonym wdziękiem. Po paru dniach w stolicy Francji czułyśmy się nie jak turystki, ale jak Paryżanki. Wspaniałe uczucie. Gdy wyjeżdżałyśmy w dalszą drogę, płakałyśmy jak głupie. Mathieu potwierdzi :-D W ogóle nie czułam podniecenia związanego z wyprawą do Londynu. Zresztą podróż autokarem do najprzyjemniejszych nie należała. Klimatyzacja ustawiona była chyba na minus 10 stopni (w pewnym momencie okrywałam się nawet firanką). Po dotarciu do Calais (około 2-giej nad ranem) wyganiali nas i zaganiali tam i z powrotem. A bo odprawa, a bo prom, a bo coś tam jeszcze. Gdy w końcu około 7 rano dotarłyśmy do Londynu, marzyłyśmy tylko o prysznicu i śniadaniu. Biedny Tadek, musiał wstać wcześniej, niż zamierzał :-D Na całe szczęście w swoim londyńskim mieszkaniu ma zarówno wannę, jak i lodówkę. Byłyśmy uratowane! Dobrze mieć takiego kolegę – zaopiekuje się tobą, oprowadzi po mieście. Londyn jest ciekawy, ale nie zachwycił mnie. Najwyraźniej pasuję do Paryża – Londyn to nie moje klimaty. Doceniam zabytki, ładne widoki (szczególnie wzdłuż Tamizy), niebanalnie ubranych ludzi. Ale w sklepiku w Tate Modern podziękowałam ekspedientce po francusku… I to zupełnie nieświadomie! O czymś to świadczy. Jeśli chodzi o Anglię, najbardziej do gustu przypadły mi tamtejsze puby. Bardzo klimatyczne, z wyśmienitym piwem. Tylko nie zamawiajcie fish and chips, ostrzegam!
Ostatnim przystankiem w naszej podróży było niewielkie Northampton. Można powiedzieć, że w końcu wypoczęłyśmy. Po wielu dniach ciągłej bieganiny, wrzuciłyśmy na luz. Wyluzować się pomagali nam Monika, Karol i Allan. Skutecznie :-D
To był naprawdę cudowny urlop. Ale już planuję następną wyprawę. Do Paryża, oczywiście!

P.S. Zdjęcia możecie znaleźć na moim drugim blogu. Ale ostrzegam, jest ich sporo :-D

8.9.11

Holiday Holiday Holiday

NARESZCIE!!! Wielkimi krokami zbliża się moment, na który czekałam od paru miesięcy. WA-KA-CJEEEEE!!!! JE JE JE!!!!!!!!!!!!!! :-D Radość odwrotnie proporcjonalna do wielkości bagażu podręcznego. Hmm... Jak upchnąć szafę, toaletkę i łazienkę w walizce przypominającej pudełko zapałek...?!?!? ;-) W dodatku całość nie może ważyć więcej, niż 10 kg! Skandal, ludziska, skandal! ;-p Na szczęście nie lecimy na drugi koniec świata. Ale na razie nic więcej nie zdradzę :-) Wspomnę tylko tyle, że 8-gigowa karta pamięci czeka, by wypełnić ją zdjęciami ;-D
Do zobaczenia za dwa tygodnie!!!

28.8.11

Midnight in Paris / O północy w Paryżu


Inez (Rachel McAdams) i Gil (Owen Wilson) są parą narzeczonych z USA, która przybywa do Paryża. Już od pierwszych scen widać, że różni ich niemal wszystko. Inez to córeczka swoich bogatych rodziców, Gil jest pisarzem-idealistą, który marzy o przeprowadzce do Miasta Świateł. Podczas gdy on uwielbia wieczorne spacery w deszczu, ona nie wyobraża sobie życia poza słoneczną Kalifornią. Co więcej, zupełnie nie rozumie jego pisarskiej pasji i z upodobaniem upokarza go przed swoim zarozumiałym przyjacielem z dawnych lat.
Podczas jednej z nocnych przechadzek ulicami francuskiej stolicy, Gil przenosi się niespodziewanie do Paryża lat dwudziestych. Poznaje śmietankę ówczesnej elity artystycznej - z Hemingwayem, Picassem, Stein i Dalim na czele. Po magicznym świecie międzywojennego Paryża oprowadza go czarująca Adriana, dla której Gil traci głowę.

Najnowszy film Woody'ego Allena nie jest jego najśmieszniejszą komedią. Znacznie lepiej bawiłam się na "Whatever Works". Tu, poza genialnym epizodem Adriena Brody'ego, niewiele jest naprawdę śmiesznych scen. Ale też nie o to Allenowi chodziło. "Midnight in Paris" to przede wszystkim film o tęsknocie za tym, co było dawniej. Gilowi wydaje się, że w latach dwudziestych świat był piękniejszy, a życie lepsze. Z kolei Adriana równą nostalgią darzy Belle Époque.

Co urzekło mnie w tym filmie najbardziej? Paryż! Już na samym początku reżyser serwuje kompilację urokliwych paryskich widoków i zaułków. Gdy Gil spaceruje w blasku ulicznych latarni albo stojąc nad brzegiem Sekwany cieszy się z powodu nagłej ulewy, mam ochotę przyłączyć się do niego i chłoną
ć to miasto wszystkimi zmysłami.
Już niedługo... :-)



5.8.11

Ozzy Osbourne - "Ja, Ozzy"

Zanim trafiłam na entuzjastyczne recenzje autobiografii Ozzy'ego Osbourne'a, wiedziałam o nim tylko tyle, że śpiewał w Black Sabbath, ma córkę Kelly i odgryzł głowę nietoperzowi. Uznałam, że jego życie możne być jednak na tyle interesujące, iż warto wydać te kilkadziesiąt złotych na "Ja, Ozzy". Nie pomyliłam się. Oj, nie... Szczerze przyznaję - dawno nie zetknęłam się z równie ciekawą historią. Osbourne zaznacza na wstępie, że niewiele ze swego życia pamięta. Jeśli więc opisane przez niego wydarzenia są tylko przebłyskiem tego, co miało miejsce, to... hmm... brak mi słów. Życiorys Ozzy'ego można by rozdzielić na kilka osób - a i tak byłyby nim wyczerpane.

Myli się jednak ten, kto uważa Ozzy'ego za satanistycznego chama. Z czarną magią niewiele miał (i ma) wspólnego. Owszem, zawsze był nieco (nieco?) szurnięty, ale przy tym dowcipny i naprawdę sympatyczny. Polubiłam tego faceta! Polubiłam, że kurwa mać!* Zapałałam sympatią już do małego Ozzy'ego, upokarzanego przez kolegów i nauczycieli. Kibicowałam mu, gdy zapragnął rozpocząć karierę w przemyśle muzycznym. Cieszyłam się z jego pierwszych sukcesów z Black Sabbath. Jasne, że święty nie był. I nie ukrywa tego. Z rozbrajającą szczerością przyznaje, że poza heroiną nie ma chyba substancji, której by nie wąchał, wciągał czy pił. Przez większość swojego życia chodził naćpany lub pijany (lub, znacznie częściej, jedno i drugie). Robił rzeczy głupie i nieodpowiedzialne - i żałuje tego. Gdyby mógł, cofnąłby czas i parę spraw załatwił inaczej. Dziś, po wielu latach od wydania debiutanckiego albumu Black Sabbath, jest jednak szczęśliwy. I - w co trudno uwierzyć nawet jemu samemu - zdrowy!

"Ja, Ozzy" to nie tylko historia jednego człowieka - to szerokie spojrzenie na szalone czasy świetności takich gigantów, jak Led Zeppelin czy Eric Clapton. Czytelnik zagląda za kulisy przemysłu muzycznego i wkracza w przesiąknięty oparami marihuany świat niekończących się imprez, libacji i orgii. A przy okazji dowiaduje się, czym pierwsza żona Ozzy'ego poczęstowała pastora (i dlaczego widział potem Marsjan lądujących przed kościołem) i jak to naprawdę było z tym nietoperzem.
Gorąco polecam "Ja, Ozzy" każdemu, niezależnie od preferencji muzycznych. To świetnie (i z dystansem do siebie) napisana autobiografia, która bawi, szokuje, a nawet daje do myślenia. Pod wpływem lektury sięgnęłam po stare przeboje Black Sabbath i odkryłam je na nowo. "Paranoid", "Children of the Grave", "Sabbath Bloody Sabbath"... Tytuły mogą odstraszać, ale to naprawdę świetne kawałki. Zachęcam też do posłuchania "Changes", czyli Ozzy'ego w wydaniu lirycznym. Pomyślałby kto... No właśnie, moi Drodzy. Pozory mylą!



* proszę o wybaczenie - kto sięgnie po "Ja, Ozzy", przekona się, że wulgaryzmy są tam na porządku dziennym (i, szczerze mówiąc, doskonale wpisują się w kontekst opowieści); dlatego musiałam użyć choć jednego :-)

20.7.11

Beginners / Debiutanci

Do obejrzenia "Beginners" zachęcił mnie niezły zwiastun. Ot, przyjemna, lekka opowiastka, na dodatek z moim ulubionym Ewanem McGregorem - pomyślałam. I to prawda, że w filmie Mike'a Millsa jest sporo komicznych momentów (związanych głównie z uroczym psem Arthurem). Ale to przede wszystkim bardzo mądra opowieść o relacjach międzyludzkich.
Oliver (McGregor) nawiązuje romans z sympatyczną aktorką Anną (Mélanie Laurent). ich perypetie przeplatane są retrospekcjami z czasów, gdy żył jeszcze ojciec Olivera, Hal (Christopher Plummer). Po śmierci żony ten 75-letni wówczas mężczyzna ogłosił, że jest i zawsze był gejem. Oliver wraca pamięcią do dzieciństwa - zwłaszcza do matki, która ubolewała z powodu braku czułości ze strony męża. Po odważnym wyznaniu ojca, kawałki puzzli zaczynają układać się w spójną całość. Czy Oliver ma do niego żal? Na pewno. Ale nie robi mu wyrzutów. Toleruje romans Hala z dużo młodszym Andy'm. I opiekuje się ojcem, gdy ten zapada na nieuleczalną chorobę. Jest z nim do ostatnich chwil.
Anna wydaje się być idealną partnerką dla melancholijnego Olivera. Wspaniale się dogadują, miło spędzają czas. Ale coś nie gra. Coś jest nie tak. Oliver odpycha od siebie Annę, Anna odsuwa się od Olivera. Wbrew temu, co podpowiada im serce. Bo instynktownie czujemy, że tych dwoje jest dla siebie stworzonych. Kibicujemy ich miłości. Wzbudzający sympatię Oliver zasłużył na szczęście.
Skąd tytuł "Beginners"? Otóż każda z głównych postaci debiutuje w nowej roli. Hal wychodzi z cienia i mimo choroby wreszcie zaczyna prawdziwie żyć. Z kolei Oliver i Anna przełamują strach przed zaangażowaniem się w poważny związek. Happy end ze słodko-gorzką polewą.

Camilla Läckberg - "The Ice Princess"

"The Ice Princess" Camiili Läckberg to pierwsza z serii powieści kryminalnych rozgrywających się w szwedzkim miasteczku Fjällbacka. I druga z kolei, którą przeczytałam. "The Preacher" był świetny. "The Ice Princess" - rewelacyjna. Początek jest wstrząsający. Zostają znalezione zamarznięte zwłoki młodej kobiety. Wygląda na to, że podcięła sobie żyły, by powoli wykrwawić się w wannie. Śledztwo prowadzi znany z kolejnych części detektyw policyjny Patrik Hedström. Niespodziewanie spotyka swą dawną miłość - pisarkę Ericę Falck. Jako że czytałam książkę nr 2, wiedziałam, jak rozwinęła się ich znajomość. Dlatego skupiłam się przede wszystkim na wątku kryminalnym. Oczywiście okazuje się, iż Alexandra Wijkner nie popełniła samobójstwa, a została zamordowana. W toku śledztwa na jaw wychodzą głęboko skrywane sekrety i szokujące fakty. Camilla Läckberg w taki sposób dozuje dawkę napięcia, abyśmy ani an chwilę nie tracili zainteresowania dalszym ciągiem historii. Fantastycznie rysuje sylwetki głównych aktorów dramatu, z empatią opisuje targające nimi emocje. Poza wątkiem dotyczącym śledztwa, pojawia się też (nie mniej ciekawy) wątek osobistych relacji Eriki z młodszą siostrą, Anną. "The Ice Princess" to doskonała lektura do tramwaju, poduszki i opalania na balkonie. Szczególnie do tego ostatniego - akcja rozgrywa się bowiem w środku mroźnej, skandynawskiej zimy. Aż ciarki przechodzą.

18.7.11

W lepszym świecie / Hævnen

Oryginalny tytuł filmu Susanne Bier brzmi "Hævnen" i oznacza zemstę. Naprawdę nie wiem, co poeta miał na myśli, proponując takie, a nie inne tłumaczenie. I o jaki (lepszy) świat mu chodziło..?
W filmie toczą się dwa, równolegle wątki. Akcja jednego z nich rozgrywa się gdzieś w Afryce, w kraju ogarniętym wojną i zamieszkami. Pochodzący ze Szwecji lekarz Anton, z poświęceniem oddaje się opiece nad rannymi tubylcami. Czy pomoże także siejącemu postrach miejscowemu sadyście i mordercy...? W domu w Danii czeka na niego syn Elias, obiekt kpin i zaczepek kolegów ze szkoły. Elias znajduje bratnią duszę w osobie Christiana, którego matka zmarla niedawno na raka. Wrażliwy Elias cierpi z powodu separacji rodziców, buntowniczy i zamknięty w sobie Christian czuje z kolei ogromny żal do ojca. Gdy Anton w obecności chłopców daje się spoliczkować obcemu mężczyźnie, Christian nie może przejść nad tym do porządku dziennego. Obmyśla zemstę.
"Haevnen" to tegoroczny zdobywca Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. I zdaje się, że zasłużenie. Nie ma w nim egzaltacji i tanich, efekciarskich chwytów, które miałyby grać na emocjach widzów. Jest kameralny, wyważony, ale też przejmujący i nierzadko wstrząsający. Na uznanie zasługują świetne kreacje aktorskie, zwłaszcza chłopców wcielających się w role Eliasa i Christiana.

8.7.11

Uwikłanie

Głównym powodem, dla którego wybrałam się do kina na "Uwikłanie", było miejsce akcji. Mój ukochany Kraków. I jeśli chodzi o ten aspekt filmu, nie zawiodłam się - kamera zawitała bowiem do wielu znanych mi (i bliskich sercu) miejsc. Jeśli chodzi o resztę, to muszę przyznać, ze byłam mile zaskoczona. Kryminał Jacka Bromskiego (nakręcony na podstawie książki Zygmunta Miłoszewskiego) ma mocny początek - rzecz jasna morderstwo. Do akcji wkracza przystojny pan policjant i atrakcyjna pani prokurator. Kiedyś, gdzieś, jakoś się znali, dziś ona traktuje go, lekko mówiąc, oschle. Nie trzeba być jednak Herkulesem Poirot, żeby domyślić się, iż "kto się czubi...". Ale wątek miłosno-erotyczny na bok. To wątek kryminalny jest w tym filmie najciekawszy. Nie będę wnikać w szczegóły, żeby nie zepsuć nikomu "zabawy". Wspomnę tylko, że to grubsza afera, ocierająca się jeszcze o czasy PRL. Do plusów filmu, poza miejscem akcji oczywiście, należą: niezła gra aktorów (zwłaszcza Mai Ostaszewskiej i Danuty Stenki), wartka akcja, ciekawa intryga i kreacje głównej bohaterki (buty! buty! buty!). I chciałabym napisać, że to jeden z najlepszych polskich filmów, jakie widziałam w ostatnich latach... Chciałabym, ale mimo wszystko nie mogę. A to ze względu na końcowe 10 minut. Ale cicho sza. Niech każdy wyrobi sobie własną opinię. W każdym razie gorąco polecam, bo "Uwikłanie" to naprawdę porządny kryminał. Tylko od kiedy to można jeździć samochodem po bulwarach wiślanych???

7.7.11

Filmowo

Na długie, deszczowe dni, nie ma nic lepszego, niż film. Ostatnimi czasy, ze względu na przymusowe koczowanie w czterech ścianach, oglądałam je w ilościach wręcz hurtowych. Skupię się na tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

„Revolutionary Road” reż. Sam Mendes

Ten film to przede wszystkim popis aktorstwa w wykonaniu duetu Winslet – di Caprio. Wcielają się w role młodego małżeństwa, które w latach 50. osiada na przedmieściach jednego z amerykańskich miast. Frank pracuje w firmie, którą gardzi. April zajmuje się domem i wychowaniem dwójki dzieci. Uchodzą za cudowną parę, ale za fasadą pozornej sielanki kryją się głęboko skrywane frustracje i wzajemne pretensje. Nie dajcie się zwieść polskiemu tłumaczeniu tytułu – „Droga do szczęścia” ma się do treści jak pięść do nosa.



„Precious” reż. Lee Daniels

Therese (nazywana pieszczotliwie Precious) jest nastoletniaą chorobliwie otyłą Murzynką. Mieszka z matką, która znęca się nad nią fizycznie i psychicznie. Therese jest w drugiej ciąży z... własnym ojcem. Do tego dochodzą problemy z nauką i skumulowane przez lata kompleksy. Nastolatka znajduje zrozumienie i sympatię dopiero w osobie sympatycznej nauczycielki. Mo’Nique za rolę egoistycznej matki zasłużenie dostała Oscara. Polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy narzekają na swoje życie. „Precious” to poruszająca opowieść z (uwaga!) optymistycznym zakończeniem.


„Virgin Suicides” reż. Sofia Coppola

Stany Zjednoczone, koniec lat 70. Najmłodsza córka państwa Lisbon próbuje popełnić samobójstwo. Tak rozpoczyna się historia pięciu atrakcyjnych sióstr, dojrzewających w cieniu surowych, katolickich rodziców. „Virgin Suicides” to debiut reżyserski Sofii Coppoli. Bardzo dobry zresztą. Co prawda wolę atmosferę „Lost in Translation”, ale ciężko oderwać oczy od Kirsten Dunst w roli intrygującej i niejednoznacznej Lux.



„About a Boy” reż. Chris Weitz, Paul Weitz

Naprawdę nie wiem, czemu przez dobrych parę lat zwlekałam z obejrzeniem filmu. braci Weitz Słyszałam, że jest dobry, a mimo to nie było nam po drodze… A szkoda, bo to jeden z tych filmów, do których chce się wracać. Zabawny, wzruszający, ciepły, z przesłaniem. Hugh Grant jest wręcz stworzony do roli Willa – bogatego przystojniaka, którego jedynym celem w życiu jest zaliczanie kolejnych panienek. Do czasu… Oglądając „About a Boy” na przemian śmiałam się i roniłam łzy wzruszenia. Z przewagą tego pierwszego.


„Blue Valentine” reż. Derek Cianfrance

Nie będę owijać w bawełnę – to przygnębiający film. O tym, jak rodzi się miłość. I o tym, jak miłość przemija. Dean i Cindy spotykają się przypadkiem i dają porwać szalonemu uczuciu. On jest facetem po przejściach, ona kobietą z przeszłością. Szybki ślub, dziecko i… proza życia. Po paru latach zdają się egzystować nie ze sobą, ale obok siebie. Co dalej…? Film nie udziela jasnej odpowiedzi, co – paradoksalnie – daje pewną nadzieję. W rolach młodego małżeństwa rewelacyjni Michelle Williams i Ryan Gosling.


2.7.11

Bags, bags, bags...

Zapalenie ucha oznacza siedzenie w domu. A siedzenie w domu oznacza z kolei:
  • oglądanie filmu za filmem (recenzje wkrótce)
  • czytanie książek (j.w.)
  • zakupy w Internecie
Szukając torebki-kopertówki na wesele brata, natrafiłam na szereg innych, kuszących modeli. Skusiłam się na dwa. Mea culpa, mea culpa, mea culpa. No ale nie mogłam się powstrzymać. Tym bardziej, że już od jakiegoś czasu przymierzałam się do zakupu dużej koperty i torby-listonoszki. Tę drugą (wypisz wymaluj Mulberry) już dostałam (wczoraj), koperty spodziewam się w przyszłym tygodniu. Moja przyjaciółka zdecydowała się na taką samą, ale w kolorze czerwonym - i jest cudna :-) Ech, uwielbiam torebki...

(decobazaar.com)

(etorebka.pl)


26.6.11

Nic do oclenia / Rien à Déclarer

Lubię francuskie komedie. Są bezpretensjonalne, zabawne i ciepłe. W przeciwieństwie do amerykańskich, nie epatują humorem z rynsztoka. Bardzo podobały mi się "Czyja to kochanka?" i "Jeszcze dalej niż północ" - tym chętniej wybrałam się więc na "Nic do oclenia". Trzeba przyznać, że Dany Boon jest w formie. Napisał scenariusz, wyreżyserował film i wcielił się w jedną z głównych postaci. "Nic do oclenia" to satyra na francusko-belgijskie animozje. Rok 1993. Po zniesieniu granic w UE, francuski celnik Mathias (Boon) i jego belgijski odpowiednik Ruben (Benoît Poelvoorde) są zmuszeni pracować razem. Sprawę komplikuje fakt, iż Ruben otwarcie przyznaje się do niechęci (lekko mówiąc) wobec Francuzów. Film Boona obfituje w błyskotliwe dialogi i sytuacyjne gagi. Nie tyle obala stereotypy, co bezlitośnie je wyśmiewa. To godne pozazdroszczenia, że zarówno Francuzi, jak i Belgowie, potrafią śmiać się z samych siebie. Ze swoich narodowych przywar i wad. My, Polacy, nie mamy wobec siebie takiego dystansu. Traktujemy naszą polskość śmiertelnie poważnie. A szkoda, bo tematów na dobrą, prześmiewczą komedię o Polakach nie brakuje.

21.6.11

Sara Gruen - "Woda dla słoni"

 

Na wstępie zaznaczam, że filmu nie widziałam. Trafiłam na kilka recenzji i większość nie pozostawiła na nim suchej nitki, więc odpuściłam. Co innego książka Sary Gruen. Czyta się ją jednym tchem. Nie jest to może wybitna literatura traktująca o sensie życia, ale na lekturę do poduchy nadaje się, jak żadna inna.
USA, rok 1931. Młody student weterynarii, Jacob Jankowski, traci rodziców w wypadku samochodowym. Pod wpływem impulsu rzuca szkołę i dołącza do Cyrku Braci Benzini, przemierzającego kraj. Poznaje pracę cyrku od środka, opiekuje się zwierzętami, nawiązuje przyjaźnie, zakochuje się w żonie szefa...

Widać, że Sara Gruen dobrze odrobiła lekcję z historii przedwojennych grup cyrkowych. Romans w "Wodzie dla słoni" nie odznaczałby się niczym wyjątkowym, gdyby nie sceneria, w której się rozgrywa. Okazuje się, że ówczesny cyrk to nie tylko namiot, lwy, akrobaci i klauni. Za kulisami rozgrywały się rzeczy, o których istnieniu nie miałam najmniejszego pojęcia. I właśnie dla tego barwnego i nierzadko wstrząsającego obrazu cyrku warto sięgnąć po książkę Gruen.

Co ciekawe, główny bohater został przedstawiony w jak najbardziej pozytywnym świetle. Niby nic nadzwyczajnego, ale zważywszy na to, że to Polak... Wszak amerykańska kultura zwykle karmi nas portretami cwanych i/lub głupich i/lub nieuczciwych "Polaczków". Tym bardziej zachęcam Was do lektury "Wody dla słoni". Jestem pewna, że nie będziecie żałować.





13.6.11

The Tree of Life


Na "The Tree of Life" Terrence'a Malicka szłam przepełniona entuzjazmem. Złota Palma, świetne recenzje, doskonali aktorzy. Niestety, z przykrością stwierdzam: zawiodłam się. Być może to dlatego, że spodziewałam się arcydzieła, a zobaczyłam po prostu przyzwoity, choć wielce oryginalny film.

Brad Pitt jest jak zawsze rewelacyjny. Ze swoją rolą świetnie poradził też sobie Hunter McCracken (jako mały Jack), niezła jest Jessica Chastain. Z kolei Sean Penn nie gra, a snuje się po ekranie z miną wielkiego cierpiętnika.

Część filmu okazująca napiętą atmosferę w domu państwa O'Brien jest ciekawa i przykuwa uwagę widza. Pan O'Brien (Pitt) jest surowym, wymagającym i nie znoszącym sprzeciwu ojcem. Gdy wyjeżdża w podroż służbową, jego trzej synowie nie ukrywają radości. Zwłaszcza Jack ujawnia swą buntowniczą naturę.

Z ekranu raz za razem płyną pełne refleksji zdania. Bohaterowie zadają szereg pytań dotyczących życia, wiary, przeznaczenia. Reżyser serwuje nam zdjęcia wszechświata, natury i morskich stworzonek. Przy dźwiękach "Lacrimosy" Preisnera oglądamy Wielki Wybuch, galaktyki, nie zabraknie nawet dinozaurów (na co sala zareagowała śmiechem, co oznacza, że zupełnie nie zrozumiała przesłania). I to wszystko, owszem, piękne i dające do myślenia – ale przeraźliwie nudne i rozwleczone do granic wytrzymałości! Parę osób opuściło kino jeszcze w trakcie seansu, a gdy wreszcie pojawiły się napisy końcowe, wszyscy odetchnęli z ulgą.

"The Tree of Life" nie jest filmem do oglądania – jest filmem do kontemplowania. Bardzo, naprawdę bardzo chciałabym napisać, że to jedno z lepszych dzieł kinowych, jakie widziałam. Niestety... Może gdybym obejrzała raz jeszcze... Bez tego pana po lewej, któremu nie zamykała się buzia i bez dziewczyny z przodu, która co pięć minut sprawdzała coś w telefonie.

Może...


8.6.11

Melancholia


Film rozpoczyna się składanką niemal statycznych, przygnębiających ujęć, przeplatanych obrazem zmierzającej ku Ziemi nieznanej planety. W tle wybrzmiewa przepiękne „Preludium" z „Tristana i Izoldy” Wagnera. Niewielki, błękitno-zielony obiekt zbliża się coraz bardziej i bardziej...

Justine (świetna Kirsten Dunst) i Michael (Alexander Skarsgård), świeżo poślubieni małżonkowie, spóźniają się na własne wesele. Przyjęcie urządziła im siostra Justine, Claire (genialna Charlotte Gainsbourg), w ogromnej posiadłości swojego męża Johna (Kiefer Sutherland). Początkowo Justine wygląda na szczęśliwą. Ale to tylko pozory.

Cierpiąca na depresje dziewczyna w ciągu jednego wieczoru traci pracę, męża i szacunek do rodziców. Jedyną osobą, która okazuje jej wsparcie, jest Claire. Chora Justine zamieszkuje z siostrą, szwagrem i siostrzeńcem. Cała czwórka obserwuje coraz wyraźniej rysującą się na niebie planetę – Melancholię.

Lars von Trier stworzył niesamowicie nastrojowe, wzruszające, ale też przerażające dzieło. Zbliżająca się do Ziemi Melancholia stanowi punkt wyjściowy dla emocji targających każdym z mieszkańców wiejskiej posiadłości. Jest czymś wspaniałym, ale jednocześnie budzącym strach. Czymś, co zwiastuje nieuniknioną tragedię. „To będzie piękny koniec świata” głosi hasło reklamujące film. I nie sposób się z tym nie zgodzić.

Jak na zbliżającą się katastrofę reagują główni bohaterowie dramatu? Justine jest bierna, pogodzona z losem. Zrozpaczonej Claire mówi: „Ziemia jest zła. Nikt nie będzie za nią tęsknił”. Claire na Melancholię patrzy z niepokojem. Justine z uśmiechem – jak na długo oczekiwanego kochanka. Koniec świata nie będzie dla niej tragedią, lecz wybawieniem. John jest początkowo pełen entuzjazmu i wiary w to, ze planeta ominie Ziemię. Gdy w końcu dociera do niego przerażająca prawda, próżno oczekiwać po nim zachowania à la Bruce Willis.

I tym właśnie różni się film von Triera od szeregu katastroficznych kaszanek w stylu „Armageddona”. Gdy przy dźwiękach muzyki Wagnera kamera kieruje się ku majaczącej na niebie Melancholii, odczuwa się większy dreszcz emocji, niż we wszystkich filmach Rolanda Emmericha razem wziętych. Paradoksalnie, napięcie potęguje z pozoru spokojna atmosfera. Akcja ani na chwilę nie przenosi się z wiejskiej posiadłości Johna i Claire. Nie zobaczymy rozhisteryzowanych tłumów na ulicach wielkich miast, nie usłyszymy patetycznego orędzia prezydenta USA. Towarzyszymy tylko trzem dorosłym osobom, z których każda na swój własny sposób stawia czoła nadciągającej tragedii.

Ale czy o apokalipsę tu chodzi? Melancholia stanowić może przecież alegorię każdej sytuacji, która nas przerasta. Sytuacji, z którą nie jesteśmy w stanie sobie poradzić.

Przez film duńskiego reżysera najpierw nie mogłam zasnąć, a potem śniłam o końcu świata. Jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji? Jak Justine, z ulgą przyjmując śmierć? Jak Claire, trzęsąc się z rozpaczy i strachu? Czy może jak John, nie mając odwagi spojrzeć przeznaczeniu w oczy? Obyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonać.


5.6.11

My Style Icons (9) - Kirsten Dunst














(skyliving.sky.com, fashiongrunge.com, mycelebrityfashion.co.uk, alchilleratocolumeab.blogspot.com, blog.gettyimages.com, denimology.com, shoppingblog.com)


Wielbicielka Ray Ban'ów i mistrzyni stylu casual o aparycji dziewczyny z sąsiedztwa.
Kirsten Dunst.
Po raz pierwszy zachwyciła mnie w "Wywiadzie z wampirem".
I to głównie ze względu na nią chcę wybrać się teraz do kina na "Melancholię" von Triera.


2.6.11

Urodzinowo

Jaki to miły dzień, Urodziny. I gdy jeszcze tyle osób o tobie pamięta! Dawno nie dostałam tylu świetnych prezentów (a z dobrych źródeł wiem, że to jeszcze nie wszystko, hehe).

Ale do rzeczy. Wczorajszy wieczór spędziłam piekąc ciasto czekoladowe z owocami i galaretką według przepisu z rewelacyjnego bloga mojewypieki.blox.pl. Miałam obawy co do powodzenia tej kulinarnej opreacji, które to jednak okazały się bezpodstawne – ku mojej radości ciasto rozeszło się w niecałe 10 minut.

Pewne jest to, że w najbliższym czasie nie będę miała problemów z wyborem lektury do tramwaju, łóżka i na balkon :-) Wprawne oko kolegów z nordyckiego teamu dostrzegło, że lubię czytać po angielsku – i tak oto stałam się właścicielką ”The Pyramid” Henninga Mankella. Pytanie tylko za co wezmę się najpierw – za szwedzki kryminał czy wyciskasz łez „Woda dla słoni” Sary Gruen…? Bez obaw – to nie z powodu Pattinsona. A właściwie to jego sprawka, ale nie w sensie, który może przyjść Wam do głowy ;p Otóż od paru tygodni jego nieudolne próby mówienia po polsku są jednym z wielu powodów do żartów między nami, przyjaciółkami. Zresztą przekonajcie się sami. Oprócz Roberta „Podnieś Nuoge” Pattinsona podniecamy się – i to nieprzerwanie od wieeeeelu miesięcy – ”The Vampire Diaries”. Nie dziwi więc prezent w postaci plakatu Damona z wiele mówiącym podtytułem ”love sucks”. Całości dopełnił przecudnej urody storczyk, który dumnie zajął miejsce na toaletce.

Aby łatwiej mi było zataszczyć owe skarby do domu, mój team sprezentował mi lansiarską torbę na zakupy z nieśmiertelną MM i odpowiednim napisem :-) Do sporej kolekcji breloczków dołączyła z kolei zadziorna kokeshi (made by Izon), której dałam na imię Sayuri.

Moja „marcepanowa” siostra zadbała o to, żebym była piękna i gładka. Kolczyki w pepitkę, mleczko-olejek i maseczka żelowa na oczy to prezenty z serii tych, które nigdy mi się nie nudzą.

Otrzymywanie podarunków to świetna sprawa. Owszem, liczy się przede wszystkim pamięć, ale co będę owijać w bawełnę – lubię prezenty :-D Szczególnie te od serca.

Dziękuję!!!

P.S. Przy okazji zapraszam na Candy u Izona – do wygrania czaderski łoś!!!


31.5.11

RMS Titanic – in memoriam

”Titanic” Jamesa Camerona nie jest najlepszym filmem, jaki widziałam, ale na pewno jednym z tych ukochanych. Zdaję sobie sprawę z jego licznych wad. Jest ckliwy i chwilami nudnawy. Po latach trąci myszką. Ale to dzięki niemu narodziła się moja fascynacja słynnym liniowcem. W ogóle jestem pasjonatką starych, wielkich transatlantyków, ale historia Titanica jest pod wieloma względami wyjątkowa.
Każdy wie, że był największym, najbardziej luksusowym statkiem w owym czasie. Że podróżowali nim zarówno bogacze, jak i biedni emigranci. Że podczas swojego dziewiczego rejsu uderzył w górę lodową. Że zabrakło szalup ratunkowych i że zanim zniknął w lodowatych wodach Atlantyku, przełamał się na pół. Ale te informacje to – nomen omen – wierzchołek góry lodowej. James Cameron skupił się na najważniejszych i najbardziej „medialnych” momentach, pomijając szereg szczegółów, które składają się na historię tego pięknego liniowca. Trudno mieć do niego pretensje – nakręcił przecież melodramat, a nie program popularno-naukowy. Skłonił mnie jednak do poszukiwań, w wyniku których wręcz połknęłam kapitalną książkę Daniela Allena Butlera „Niezatapialny. Pełna historia RMS Titanic”. Butler opisuje w niej dzieje statku od planowania jego budowy, aż po zatonięcie i odkrycie wraku w 1985 roku. Znaczną uwagę poświęca pasażerom i członkom załogi – ich emocjom, zachowaniu, motywom postępowania. Próbuje ich zrozumieć, lecz nie ocenia.
Autor pisze we wstępie: „Żadnej innej katastrofy w dziejach ludzkości nie można było uniknąć łatwiej i żadna inna nie była bardziej nieuchronna”. Z książki dowiadujemy się między innymi, dlaczego po zderzeniu czołowym Titanic by nie zatonął. Albo czemu jeden z pasażerów opuścił pokład w Cherbourgu, unikając w ten sposób niechybnej śmierci. Mnie z kolei najbardziej poruszył fakt, iż w niewielkiej odległości od tonącego Titanica znajdował się inny statek, Californian. W wyniku niefortunnego zachowania jednego z telegrafistów słynnego liniowca, jego zirytowany odpowiednik z Californiana wyłączył radio… Załoga obu statków widziała się nawzajem. Motywy postępowania kapitana Californiana, który mimo widoku wystrzeliwanych przez Titanica rac nie podjął decyzji o włączeniu radia, do dziś wzbudzają emocje. Californian dysponował pewną liczbą szalup ratunkowych, mógłby też przyjąć na swój pokład cześć pasażerów Titanica. Swoją drogą Titanic używał rac w kolorze białym, a nie czerwonym (jak nakazuje zwyczaj), bo takowych na statku po prostu nie było... To tylko jedna z wielu fascynujących historii związanych z pięknym transatlantykiem.
Czemu wspominam o tym akurat dzisiaj? Otóż dokładnie 100 lat temu, 31 maja 1911, w Belfaście zwodowano Titanica. No i tak mnie naszło, żeby poświecić mu osobny post na blogu. Przy okazji szczerze polecam książkę Butlera. Historia Titanica to nie tylko historia statku, ale także pewnej epoki. Na liniowcu znajdowała się bowiem próbka społeczeństwa, ze wszystkimi jego warstwami i zwyczajami. Rozdziały poświęcone życiu na statku przed katastrofą czyta się jak dobrą powieść obyczajową. Świetną skarbnicą wiedzy o liniowcu White Star Line jest też internetowa Encyclopedia Titanica. Znajdziecie tam między innymi pełną listę pasażerów i członków załogi, cargo, restauracyjne menu, a także setki artykułów, zdjęć, filmów i animacji.
Butler pisze o 31 maja 1911: „Ten dzień był jednym z najszczęśliwszych w historii White Star Line. (…) Titanic nie potrzebował fanfar, był dziełem samym w sobie”.

Zobacz także: RMS Titanic - 100th Anniversary
 
wodowanie Titanica - Belfast, 31 maja 1911
(photos: maritimequest.com)