19.7.10

Nobody does it better


Raz na jakiś czas telewizja powtarza serię filmów o Jamesie Bondzie. I choć znam je na pamięć, nie opuszczam żadnego odcinka. Filmy o agencie 007 (do czasu pojawienia się Daniela Craiga) są jedyne w swoim rodzaju. I choć treść każdego z odcinków jest inna (hmm...), idea pozostaje ta sama. Mamy więc agenta Jej Królewskiej Mości – przystojnego, czarującego, inteligentnego, sprytnego, odważnego i tak dalej. Mamy kobietę (kobiety) – mniej lub bardziej inteligentne i mniej lub bardziej uczciwe, ale zawsze piękne i zgrabne. Mamy w końcu czarny charakter – bezwzględny, brutalny i obowiązkowo szalony. No bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie planowałby: budowy miasta pod wodą i w przestrzeni kosmicznej (przy jednoczesnym unicestwieniu ludzkości na świecie, ma się rozumieć) czy wywołania trzęsienia ziemi w celu zatopienia Doliny Krzemowej. Jakkolwiek nieobliczalni, z Bondem szans nie mają. James jest szalenie wszechstronnym szpiegiem. Potrafi prowadzić każdy pojazd naziemny, wodny, podwodny, powietrzny i kosmiczny. Umie strzelać z broni wszelakiej, jadąc tyłem na nartach (zawsze celnie, w przeciwieństwie do swoich wrogów, którzy z kolei zawsze pudłują). Zna się na trunkach, diamentach i oczywiście na kobietach. Bądźmy szczerzy – nie ma rzeczy, na której by się nie znał. Zna się nawet na tym, czego jeszcze nie wymyślono. I zawsze uchodzi z życiem. ZAWSZE. Pomysłowość szwarccharakterów w kwestii unicestwiania Bonda nie zna granic. Pragną jego śmierci ponad wszystko, ale zamiast po prostu strzelić mu w łeb i zabić raz, a dobrze, wymyślają najróżniejsze sposoby. A to przywiążą do stołu i popieszczą laserem, a to wrzucą do basenu pełnego rekinów, a to znowu zapakują do trumny w krematorium. Po czym... oddalają się spokojnie, nie czekając na spektakl pt. Śmierć Bonda (choć przecież włożyli w jego przygotowanie całe swe czarne serce!). Nasz dzielny agent ma więc sporo czasu, by przy pomocy najróżniejszych gadżetów od Q (zresztą doskonale dobranych do aktualnych potrzeb Bonda) uwolnić się z pułapki, uciec i kilka scen później ukazać w całej swej krasie zdziwionemu (a jakże!) oprawcy. Zanim w końcowej sekwencji efektywnie (i efektownie) zada mu śmierć, ratując tym samym świat przed nieuchronną zagładą, zdąży jeszcze błysnąć swoim słynnym bondowskim humorem. I oczywiście wychylić Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie zmieszane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz