29.7.10

Z tęsknoty za słowem (ręcznie) pisanym












Nie pamiętam kiedy ostatnio napisałam do kogoś list – taki prawdziwy, namacalny, jakby to ładnie powiedzieli Anglicy – tangible. Żadne tam pismo urzędowe czy formularz – ale list "z krwi i kości". Trochę za tym tęsknię. E-maile są takie sterylne, bezpłciowe. Zamiast otwarcia skrzynki kluczem – kliknięcie. Zamiast szelestu rozwijanego papieru – przewijanie myszką. Pisanie listów było kiedyś sztuką – dziś liczy się pośpiech i wygoda. I choć trudno się temu dziwić, pozostaje pewien niedosyt.
Dawno, dawno temu korespondowałam z kilkoma osobami. Dziś odkurzyłam archiwum i z nieukrywaną radością przewertowałam stos kopert, kartek i laurek dostarczonych ongiś przez listonosza. Miałam nawet penfrienda ze Szwajcarii! Ech, piękne mi kartki przysyłał...

25.7.10

Malovanie



"Ewon Show"



Macie czasem wrażenie, że jesteście bohaterami ”Truman Show”? Codziennie wychodzę z domu mniej więcej o tej samej porze (plus minus 10 minut) i idę (jadę) do pracy tą samą trasą. Najpierw jest pani w średnim wieku z czarnym, kudłatym pieskiem. Wyprowadza go pomiędzy 7:45 a 8:00. Na razie tylko patrzymy na siebie, ale chyba zacznę mówić jej „dzień dobry”. Wsiadam do tramwaju. Jako że pasuje mi każdy z pięciu, jakie zatrzymują się na przystanku, prawdopodobieństwo spotkania kogoś „dziwnie znajomego” jest znikome. Tym bardziej, że zamiast na współpasażerów wolę patrzeć za okno. Na Królewskiej – koło poczty i w okolicy Biprostalu – stoją dwa samochody. Stoją tak już od dobrych paru miesięcy. Są cholernie brudne, zaczynają rdzewieć, a z opon uleciało już sporo powietrza. Ale najciekawsze jest to, że wokół nich zaczynają rosnąć chwasty i małe drzewka. Znalazły sposób na płytki chodnikowe i asfaltową nawierzchnię. (Widziałam niedawno film dokumentalny o tym jak wyglądałby świat, gdyby z dnia na dzień zniknęli wszyscy ludzie. Zaniedbane, opuszczone ulice i budynki po prostu pokryłyby się nieujarzmioną zielenią). Wysiadam z tramwaju. Mniej więcej co drugi dzień, w budce telefonicznej koło piekarni rozmawia starszy, siwy pan. Kiedyś nie wytrzymam i zapytam z kim tak rozmawia kilka razy w tygodniu o tej samej porze. Albo podsłucham.
Zanim wreszcie dotrę do biura, spotykam jeszcze dwie znajome twarze. Pierwsza należy do pana około sześćdziesiątki, spacerującego z papierosem i małym yorkiem. Druga jest bardziej okrągła i pucołowata, a jej posiadacz nosi zawsze ten sam, jasny, skórzany plecak (hehe, udało mi się go przydybać - patrzcie na fotę powyżej). I zaczyna się już do mnie uśmiechać.

PLAYLIST MGMT - Time to Pretend

19.7.10

Nobody does it better


Raz na jakiś czas telewizja powtarza serię filmów o Jamesie Bondzie. I choć znam je na pamięć, nie opuszczam żadnego odcinka. Filmy o agencie 007 (do czasu pojawienia się Daniela Craiga) są jedyne w swoim rodzaju. I choć treść każdego z odcinków jest inna (hmm...), idea pozostaje ta sama. Mamy więc agenta Jej Królewskiej Mości – przystojnego, czarującego, inteligentnego, sprytnego, odważnego i tak dalej. Mamy kobietę (kobiety) – mniej lub bardziej inteligentne i mniej lub bardziej uczciwe, ale zawsze piękne i zgrabne. Mamy w końcu czarny charakter – bezwzględny, brutalny i obowiązkowo szalony. No bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie planowałby: budowy miasta pod wodą i w przestrzeni kosmicznej (przy jednoczesnym unicestwieniu ludzkości na świecie, ma się rozumieć) czy wywołania trzęsienia ziemi w celu zatopienia Doliny Krzemowej. Jakkolwiek nieobliczalni, z Bondem szans nie mają. James jest szalenie wszechstronnym szpiegiem. Potrafi prowadzić każdy pojazd naziemny, wodny, podwodny, powietrzny i kosmiczny. Umie strzelać z broni wszelakiej, jadąc tyłem na nartach (zawsze celnie, w przeciwieństwie do swoich wrogów, którzy z kolei zawsze pudłują). Zna się na trunkach, diamentach i oczywiście na kobietach. Bądźmy szczerzy – nie ma rzeczy, na której by się nie znał. Zna się nawet na tym, czego jeszcze nie wymyślono. I zawsze uchodzi z życiem. ZAWSZE. Pomysłowość szwarccharakterów w kwestii unicestwiania Bonda nie zna granic. Pragną jego śmierci ponad wszystko, ale zamiast po prostu strzelić mu w łeb i zabić raz, a dobrze, wymyślają najróżniejsze sposoby. A to przywiążą do stołu i popieszczą laserem, a to wrzucą do basenu pełnego rekinów, a to znowu zapakują do trumny w krematorium. Po czym... oddalają się spokojnie, nie czekając na spektakl pt. Śmierć Bonda (choć przecież włożyli w jego przygotowanie całe swe czarne serce!). Nasz dzielny agent ma więc sporo czasu, by przy pomocy najróżniejszych gadżetów od Q (zresztą doskonale dobranych do aktualnych potrzeb Bonda) uwolnić się z pułapki, uciec i kilka scen później ukazać w całej swej krasie zdziwionemu (a jakże!) oprawcy. Zanim w końcowej sekwencji efektywnie (i efektownie) zada mu śmierć, ratując tym samym świat przed nieuchronną zagładą, zdąży jeszcze błysnąć swoim słynnym bondowskim humorem. I oczywiście wychylić Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie zmieszane.

18.7.10

Niedziela na działce








Czterech pancernych i odkurzacz



Kiedy:
sobota
Gdzie: 100 m od Wisły
Co: czyszczenie, zmywanie, szorowanie, polerowanie, zamiatanie, odkurzanie, plam usuwanie, mebli dekonstruowanie
Kto: Ewon (fotograf), San, Misio, “hydraulik Rose” i znaleźny odkurzacz „vintage”

Dzielnym porządkowym: Leniuchowo - Piosenka o sprzątaniu

15.7.10

Ania & Özil fly to London





600 lat temu pokonaliśmy Krzyżaków pod Grunwaldem, a jakieś 8 godzin temu Ania i Lumpiak Özil wybrali się na urlop do stolicy Anglii. Przechodzili kolejne odprawy, zmieniali samoloty i towarzyszy podróży (Czik! Dzięki za sms'y!), a ja śledziłam ich ruchy w sieci. Ha!

ANIU! POZDRÓW TRILBI'ego i MARJORIE!

A wracając jeszcze do Grunwaldu – ogromnie spodobał mi się oficjalny spot reklamowy, wykonany pod kierunkiem Tomasza Bagińskiego. Jest jak porządny hollywoodzki trailer, bardzo, ale to bardzo w stylu ”300” Zacka Snydera.
Zresztą oceńcie sami:

14.7.10

New York in the 40s


Byłam dziś na wystawie zdjęć Andreasa Feiningera – Nowy Jork, lata 40-te. Uwielbiam ten rodzaj fotografii – niepozowanej, „życiowej”. Ot, zwykli ludzie w codziennych sytuacjach. Szczególnie cenię zdjęcia stare, sprzed wielu lat. Ukazują świat, którego już nie ma, osoby, które już odeszły. Fotografia to zaklęta w czasie chwila, absolutnie niepowtarzalny ułamek sekundy.
Miałam szczęście odwiedzić Nowy Jork parę lat temu (zapraszam do galerii). Spędziłam tam tylko weekend – o wiele za mało, by choćby wczuć się w atmosferę miasta. Mój pobyt upłynął pod znakiem szalonej gonitwy między Times Square a Statuą Wolności w myśl zasady „zobacz jak najwięcej w jak najkrótszym czasie”. O Central Park, cudowną oazę w sercu Manhattanu, jedynie zahaczyłam. Chciałabym tam kiedyś wrócić, z dużym zapasem czasu, świetnym aparatem i porządnym przewodnikiem pod pachą.

W STARYM KINIE New York City, 1940s

13.7.10

Pokój z widokiem





“Simplicity is the ultimate sophistication”

Leonardo DaVinci

4.7.10

Sex and the Desert


Charlotte, Carrie, Samantha i Miranda podczas uczty na pustyni.
W superwygodnych na piasek szpilkach

Jeśli ostatnim magazynem, jaki kupilibyście, jest Vogue, a za najlepszego reżysera uważacie Larsa von Trier – to nie idźcie na ten film. SATC2 to dwugodzinna reklama luksusowej damskiej odzieży, okraszona sporą dawką lekkiego humoru. Dotrwacie do końca pod warunkiem, że nie będziecie doszukiwali się tu głębszych treści czy oczekiwali intelektualnych wyzwań. Ot, miła dla oka komedia.
Carrie, Miranda, Charlotte i moja zdecydowana faworytka Samantha (bez której film nie istnieje) pakują tonę markowych ciuchów i wyruszają na wakacje do ultraluksusowego hotelu w Abu Dhabi. W tymże Adu Dhabi oddają się temu, co lubią najbardziej – a więc zwiedzaniu oraz poznawaniu historii i kultury kraju. Oczywiście żartuję. Cztery koleżanki stroją się, chodzą na zakupy, stroją się, rozmawiają o mężczyznach, stroją się, opalają nad basenem, stroją się, imprezują, stroją się. Ale przy tym nie zanudzają widza (chyba że jest nim biedny, mało asertywny chłopak, który dał się zaciągnąć do kina).
Ulubiona scena: targ pełen konserwatywnych Arabów, skąpo (a więc prowokacyjnie) ubrana Samantha upuszcza torebkę (Birkin Hermès, gwoli ścisłości), z torebki wysypuje się sterta prezerwatyw, nabuzowana i wkurzona Samantha daje upust swojej złości…
Głupawe, ale summa summarum nie żałuję wydanych na bilet pieniędzy.

2.7.10

Miss Whoever-You-Are



"You know what's wrong with you, Miss Whoever-You-Are? You're chicken, you've got no guts. You're afraid to stick out your chin and say, "Okay, life's a fact, people do fall in love, people do belong to each other, because that's the only chance anybody's got for real happiness." You call yourself a free spirit, a wild thing, and you're terrified somebody's going to stick you in a cage. Well, baby, you're already in that cage. You built it yourself. And it's not bounded in the west by Tulip, Texas, or in the east by Somaliland. It's wherever you go. Because no matter where you run, you just end up running into yourself."


Jeden z moich ulubionych cytatów z "Breakfast at Tiffany's". Paul w końcu zdobywa się na odwagę i mówi Holly prosto z mostu, co myśli o jej sposobie na życie. Holly zostaje sama w taksówce, kilka przecznic dalej błąka się porzucony chwilę temu kot. Obowiązkowo pada deszcz. Za chwilę Holly wybiegnie z samochodu, znajdzie kota, rzuci się w ramiona Paula i będziemy mieli happy end.

Holly Golightly
Lula Mae